poprzedni artykułnastępny artykuł

Co oglądać na koniec jesieni? [RECENZJE]

 “Andor”

12 odcinków po 38-54 minut

Gdy w 2012 roku Disney zakupił filmowe imperium George’a Lucasa wraz z prawami do jego popularnych serii filmowych, inwestycja musiała szybko na siebie zarobić. Wystarczyły trzy lata, aby pierwszy nowy film z serii “Star Wars” trafił na ekrany kin, a przez następne cztery wychodziły kolejne produkcje, często rozczarowujące lub dzielące fanów. Pod pewnymi względami najlepiej przyjęty został “Łotr 1. Gwiezdne wojny historie”, który zdradzał, jak galaktycznym Rebeliantom, znanym jeszcze z pierwszego filmu z serii, udało się wykraść plany Gwiazdy Śmierci.

Serial “Andor” ma nieco skomplikowaną genealogię – można nazwać go prequelem prequela. Opowiada o tym, jak późniejszy przywódca tytułowej rebelianckiej jednostki z “Łotra 1” w ogóle do tego ruchu dołączył. W roli Cassiana Andora powraca Diego Luna, ale nie jest to jeszcze dokładnie ta sama postać. Gdy go spotykamy, mieszka na małej przemysłowej planecie, której pracowici mieszkańcy są uciskani przez Imperium. Broniąc się przed napadem, Andor zabija dwóch imperialnych oficerów. Sprawa niemal zostaje zamieciona pod dywan, ale ambitny inspektor Syril Karn (Kyle Soller) nie daje za wygraną. Tymczasem Andor próbuje sprzedać skradzioną imperialną technologię i w ten sposób wchodzi w kontakt z tajemniczym Luthenem Raelem (Stellan Skarsgård).

Rael rekrutuje Andora do wywrotowego przedsięwzięcia – napadu na wojskową bazę i wykradnięcia wypłat dla służb z całego sektora. Andor bierze udział w akcji dla pieniędzy, ale wkrótce przekona się, że pod rządami Imperium nawet mała fortuna nie gwarantuje spokojnego życia, więc warto walczyć o wolność.

Produkcja “Łotra 1” nie była wolna od kłopotów. Do mety doprowadził ją Dan Gilroy, zatrudniony na sam koniec, aby pomóc uporządkować film i dokręcić kilka scen. Sytuacja powtórzyła się przy “Andorze”. Początkowo serial miał tworzyć kto inny, ale na pewnym etapie Gilroy przejął pałeczkę. Twórca scenariuszy do serii o Bournie i reżyser oscarowego “Michaela Claytona” był w obydwu przypadkach pasującym i ciekawym wyborem.

“Andor” to serial bardzo dopracowany wizualnie. Widać w nim piękne górskie krajobrazy, ujęcia futurystycznych miast i wiele nastrojowych lokacji. Jest to science-fiction skierowane do dorosłego widza, nie bojące się zwolnić tempo, aby rozwinąć postaci i świat. Jego bohaterowie prowadzą podwójne życia i raczej szepczą, niż rzucają żartami. Nie jest zaskoczeniem, że oglądalność serii jest niższa od pozostałych produkcji Disney+ z tego świata, ale z pewnością pomoże podreperować reputację wytwórni wśród fanów “Star Wars”.

“Zemsta po latach”

reż. Peter Medak, prod. Kanada, 107 min

Klasyczne horrory to specyficzna grupa. Większość z nich doczekało się niezliczonych sequeli i przeróbek niskiej jakości, więc współczesny widz może nie dowierzać, że przykryte taką stertą są oryginalne i wysmakowane dzieła. “Zemsta z przypadku” na szczęście nie posiada zbędnych kontynuacji, ale i tak pozostaje zapomnianą perłą. To film emanujący elegancją, w dużej mierze, ale nie tylko, za sprawą George’a C. Scotta, znanego z “Pattona” czy “Dr Strangelove’a”. Wysokiej klasy raczej nie sugeruje z kolei niestety polski tytuł. Oryginalny, “Changeling”, oznacza “zamienione dziecko”. 

Film rozpoczyna się od dramatycznej, ale nie nastawionej na szokowanie, sceny wypadku drogowego, w którym giną żona i córka Johna Russella, kompozytora i nauczyciela akademickiego. Mężczyzna wkrótce przeprowadza się do opuszczonej od lat posiadłości użyczonej mu przez lokalne stowarzyszenie. Oczywiście w budynku będą dziać się niepokojące rzeczy: o świcie słychać niewytłumaczalne stukanie, a drzwi otwierają się same. Mężczyzna w pewnym momencie komponuje melodię, a później znajduje na strychu pozytywkę, która gra identyczną. Próbuje wyjaśnić sytuację i udaje mu się odnaleźć w bibliotecznym archiwum historię jednej z rodzin, które zamieszkiwały dom. Mała dziewczynka zginęła kiedyś potrącona przez wóz, podobnie jak jego córka. Ale gdy z pomocą medium organizuje w domu seans spirytystyczny, głos, który się odzywa, należy do małego chłopca o imieniu Joseph. Pewne epizody z historii domostwa nigdy nie zostały ujawnione.

“Zemście po latach” zapewne trochę brakuje do wieloznacznych arcydzieł gatunku, ale może spodobać się nawet osobom, które zwykle stronią od kina grozy. Film jest wolny od pewnych irytujących schematów, pełnych napięcia scen, w których bohater idzie tam, gdzie nie powinien. Skupia się raczej na budowaniu atmosfery i opowiedzeniu dosyć pomysłowej historii. Jego bohater, być może dlatego, że jego rodzina znajduje się w zaświatach, ma szacunek do paranormalnego gospodarza i próbuje go słuchać. To mała cena za gościnę w tak wybornie nastrojowej nieruchomości. 

“Patrz, jak kręcą”


reż. Tom George, prod. USA, 108 min

Detektywistyczne kryminały skupiające się na poszukiwaniu sprawcy morderstwa, tzw. whodunnit, wróciły do łask. Kenneth Branagh stworzył w ostatnich latach dwie niezbyt udane adaptacje powieści Agathy Christie. Rian Johnson stworzył z kolei własną serię, “Na noże”, w ciekawy i zaawansowany sposób odwracając schematy tego gatunku. Przykładowo w jego filmie szybko dowiadujemy się, jak doszło do śmierci nieboszczyka, ale wcale nie kończy to sprawy. Elegancję wariacji Johnsona łatwo docenić, porównując ją z “Patrz, jak kręcą”. Twórcy tego filmu postanowili zrobić tyle rzeczy na raz, że nie sposób je wyliczyć. 

Intryga dotyczy morderstwa w londyńskim teatrze, gdzie wystawiana jest “Pułapka na myszy” Christie – sztuka faktycznie stale na afiszach od premiery w 1952 roku, aż do dziś, z przerwą na pandemię. Dwa lata po jej premierze pewnego wieczora ginie Leo Köpernick (Adrien Brody), hollywoodzki reżyser, który miał zaadaptować to dzieło. Sprawę mają zbadać inspektor Stoppard (Sam Rockwell) i asystująca mu konstabl Stalker (Saoirse Ronan). Podejrzane są zarówno postacie historyczne, np. Richard Attenborough (faktyczna gwiazda sztuki, brat Davida, w tej roli Harris Dickinson) i fikcyjne, odgrywane przez znaczne grono cenionych aktorów i aktorek takich jak Ruth Wilson czy David Oyelowo.

Film miesza schematy znane z whodunnitów ze schematami z filmów typu buddy cop. Niedobrana para detektywów oczywiście się zaprzyjaźnia. Urok obsady i lekki humor to paliwo, które wystarcza na bardzo długo i z pewnością można uznać efekt końcowy za przyjemną i lekkostrawną rozrywkę. Natomiast naddatek autotematycznych i “samoświadomych” wątków czy skomplikowanych nawiązań do Christie jest tak duży, że mamy wrażenie, że twórcy zupełnie niepotrzebnie wkopali się w tarapaty, trochę jak jednak-nie-taki-sprytny kryminalista.

Twórcy nawiązują do sztuki Christie, do okoliczności jej powstania, do zwrotu do widzów, którym zawsze jest kończona. Nawiązują też do schematów kina akcji, które nie wykrystalizowały się jeszcze w 1952 roku, oferują kilka twistów, a na koniec znowu kilka nawiązań. Ostatecznie nie składa się to na odkrywczy komentarz na temat gatunku, a sama intryga ma znaczący problem. Pomijając wszystkie dystrakcje, zbrodniarz i zbrodnia nie są specjalnie interesujące i nie jesteśmy pewni, dlaczego detektywi nie rozwiązali sprawy wcześniej. Może gdyby spędzili mniej czasu, puszczając do nas oko…

Artykuły z tej samej kategorii

Kraina winem i pizzą płynąca

Nigdy nie byłam orłem z geografii. Na mapie Polski zazwyczaj umiałam znaleźć morze, góry i Wisłę. Z mapą świata było tylko gorzej. Austria i Australia zawsze...

Cudze chwalicie, kiedy oni doceniają nasze

Rocznicowy klimat skłania ku wielu radosnym refleksjom, tak jak wielu jest obcokrajowców, którzy świętują razem z nami. W czasie studiów i podczas pracy zawodowej poznałam...

Co warto obejrzeć w listopadzie? [RECENZJE]

Twórca Mad Maxa powraca z nową, anachroniczną baśnią dla dorosłych. Niczym w Alladynie na wolność wydostaje się dżin, który angielskiego uczy się z telewizji,...