poprzedni artykułnastępny artykuł

Pióro zamiast piłki. Wywiad z pisarzem Pawłem Leśniakiem

Pióro zamiast piłki. Wywiad z pisarzem Pawłem Leśniakiem

Paweł Leśniak to bez wątpienia człowiek wielu talentów. Mimo młodego wieku ma już na swoim koncie osiem książek, a jego prace doczekały się wystaw nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Rysownik i pisarz postanowił zakończyć przedwcześnie profesjonalną piłkarską karierę na rzecz przygody z literaturą i rysunkiem. W rozmowie  z nami opowiedział o kulisach tej decyzji i okolicznościach powstania najnowszej książki zatytułowanej Mumia.

Kamil Kijanka: Czujesz się bardziej pisarzem czy rysownikiem?

Paweł Leśniak: Bardziej pisarzem, choć rysowanie było ze mną dłużej. Rysunek był ze mną, odkąd pamiętam. Jako dziecko oglądałem Dragon Balla na RTL7, a po skończonym odcinku biegłem do pokoju i rysowałem całe odcinki w formie komiksu. Następnie miałem ambicję narysować własny komiks i zacząłem kreślić fabułę. Nie umiałem wtedy pisać scenariuszy, więc pisałem w formie książki. Skończyło się na 320-stronicowej książce, którą rozesłałem do wydawnictw. 

Po dziewięciu miesiącach otrzymałem odpowiedź i podpisałem umowę. W tej chwili mam za sobą już osiem wydanych książek z kategorii horror-fantasy. Rysuję też ołówkiem, a moje prace nawiązują do napisanych książek. Znajdziemy je między kartkami. Na podstawie ostatniej książki „Mumia” rysuję też komiksy. Ręcznie, markerami. Do tej pory wyszło pięć zeszytów, a do końca roku planujemy zamknąć serię w dziewięciu tomach. 

Wracając do Twojego pytania – rysunek więc był pierwszy i dalej jest obecny w moim życiu, ale bardziej czuję się jednak pisarzem.

Jak to się właściwie zaczęło?

Książkę wysłałem z ciekawości. W tamtym czasie grałem profesjonalnie w piłkę nożną i w związku z tym byłem mocno zajęty innymi sprawami. Książkę jednak zawsze chciałem napisać hobbystycznie, z potrzeby serca. Zawsze mnie do tego ciągnęło. Nie wysłałem jej do wydawnictw z oczekiwaniem kariery czy jakiegokolwiek zarobku. Byłem po prostu ciekaw, czy ktoś, kto zajmuje się tym na stopie profesjonalnej, uzna moją pracę za coś wartościowego. Tak się na szczęście stało.

Jak na debiut wynik był naprawdę dobry, bo sprzedaliśmy książkę w nakładzie 4 000 sztuk. Było przy tym jeszcze kilka dodruków. Zmotywowało mnie to do dalszej pracy. Skończyłem trylogię, napisałem także kolejną książkę. 

Potem przeszedłem do branży gier. Przez pięć lat pisałem scenariusze, byłem Creative Directorem. Mój warsztat pisarski udało się podszkolić z zupełnie innej perspektywy. Jak się okazało – było warto. Kolejna napisana książka „Czas na sen” zebrała bowiem jeszcze lepsze recenzje.

Od dziecka było rysowanie, ale później przyszedł czas na piłkę?

Tak. Byłem nawet powoływany do reprezentacji w swoim roczniku. Bardzo chciałem grać profesjonalnie. Rozpierała mnie ambicja. To się zaczęło od mojego starszego kuzyna, który grał wtedy w Sandecji Nowy Sącz. Poszedłem na trening, gdzie okazało się, że potrafię nie najgorzej kopnąć piłkę. W juniorach osiągaliśmy bardzo dobre wyniki. 

Pamiętam nawet taki turniej Wielgusa, jeden z ważniejszych dla młodzieży w Polsce, gdzie udało mi się pobić rekord w podbijaniu piłki. Zrobiłem 343 kapki (śmiech). Mnie jednak zawsze ciągnęło także do tej strony artystycznej. Tak jak inni podziwiali piłkarzy, ja podziwiałem autorów.

Grałeś jednak w piłkę na poziomie pierwszoligowym. Dlaczego podjąłeś decyzję o zakończeniu kariery przedwcześnie?

Od zawsze jestem realistą. Miałem wówczas 26 lat i w I lidze występowałem od pięciu lat. Coraz więcej czasu spędzałem na ławce rezerwowych, a nie na boisku. 

Przyszedł taki moment, gdy poczułem, że chcę całkowicie zmienić otoczenie. Pojechałem do klubu grającego w słowackiej Ekstraklasie. Podpisałem kontrakt, ale na miejscu okazało się, że z jakichś powodów nie mogli zarejestrować obcokrajowca. Dlaczego tego nie dopilnowano? Nie mam pojęcia. 

Straciłem pół roku – trenowałem, ale nie mogłem grać. W międzyczasie moja strona artystyczna coraz bardziej się rozwijała. Miałem wystawy w Wilnie i Chicago. Strona sportowa zaczęła z kolei trochę umierać. 

Siedząc pewnego razu w samochodzie przed klubem, poczułem, że to jest właściwy moment na podjęcie decyzji. Wiedziałem, że kiedy odjadę, moja przygoda z futbolem się skończy. Razem z żoną wyjechaliśmy z Nowego Sącza do Warszawy. Minęło osiem lat i jesteśmy tu nadal. 

Czyli między treningami i meczami poświęcałeś czas na ćwiczenie warsztatu?

Można tak powiedzieć. Nie brałem na zgrupowania kartek i długopisu, ale w telefonie bardzo często zapisywałem wszystkie pomysły na książkę, które wpadły mi w danej chwili do głowy. Robiłem sobie notatki. Koledzy grali w karty, rozmawiali lub oglądali film, a ja byłem przytulony do szyby i pisałem jakąś powieść. Nie mogło się to wszystko więc inaczej skończyć.

Koledzy byli bardzo zaskoczeni Twoją decyzją o zamianie piłki na pióro?

Myślę, że nie. Byłem już wtedy po czterech książkach, więc mogli to potraktować jako normalną kolej rzeczy. Najbardziej zaskakujący był mój debiut. Do momentu pojawienia się książki w księgarni nikomu o niej nie powiedziałem. W szatni było bardzo ciekawie. Wszyscy byli pozytywnie zaskoczeni. Kupili książkę i zaczęli ze mną o niej rozmawiać. 

Miałem nawet wernisaż w Nowym Sączu. Przyjechała telewizja, obecni byli prezydent i członkowie klubu. Wtedy był faktycznie pewien szok. W momencie mojego odejścia raczej już żadnego zdziwienia nie było.

Widzę przed sobą uśmiechniętego człowieka, którego literatura jest jednak pełna grozy…

O tak, zawsze ciągnęło mnie do horrorów i fantasy. Odkąd pamiętam, miałem taki gust. Jednym z najważniejszych autorów gatunku był dla mnie na pewno Stephen King. „Lśnienie” czy „To”, które przeczytałem kilka razy, zrobiły na mnie ogromne wrażenie. 

Staram się jednak sięgać przede wszystkim po polskich autorów. „Wiedźmin” to jeden z moich numerów jeden, dzięki któremu zacząłem myśleć o pisaniu. Do tego dodałbym na pewno „Pan Lodowego Ogrodu” Jarosława Grzędowicza, którego cenię chyba nawet ciut bardziej.

Ostatnią książką zdradziłeś także zainteresowanie czasami starożytnymi.

Każdą książką staram się rzucać sobie jakieś wyzwanie. Podążyć tam, gdzie nie do końca czuję się komfortowo. Po to, aby rozwijać swój warsztat. Wiedziałem, że będę chciał kiedyś napisać coś, co nie jest oparte na naszym świecie, ale cofnąć się zupełnie gdzieś indziej.

Tym razem nie chciałem tworzyć nowego świata, a wrócić do tego znanego z historii. Starożytny Egipt jest jednym z nich. Bardzo mocno przygotowywałem się do napisania „Mumii”. Oparłem ją o wydarzenia historyczne. Wybrałem okres panowania faraona Echnatona. Wiedziałem, że chcę pisać o mumii, ale bez historii o archeologu, który po latach odsunął nie ten kamień co trzeba i obudził potwora. Chciałem wrócić bardziej do jej korzeni i przedstawić historię bardziej z perspektywy mumii. 

Popkultura przedstawia ją wyłącznie jako obandażowanego zombie, a tak do końca nie było. Sam świat faraona Echnatona, który wyprzedził swoje czasy – chciał wprowadzić wiarę w jednego Boga i znieść niewolnictwo – był bardzo fascynujący. 

Najpierw napisałem książkę, skupiając się na fabule. Nie chciałem się najpierw edukować, bo wiedziałem, że to nieco mnie zaszufladkuje. Dopiero później zacząłem czytać książki poświęcone tej tematyce i uzupełniać ją zgodnie z panującymi wówczas prawami. Na pewno pomogła mi w tym lektura „Egipcjanina Sinuhe”. Świetna książka. 

Robiłem notatki i zapisywałem wątki, które wiedziałem, że będę chciał później wykorzystać. Oglądałem też sporo dokumentów poświęconych tematyce starożytnego Egiptu. Pamiętajmy jednak, że „Mumia” to nie jest książka historyczna. 

Opowiadam tutaj historię chłopaka imieniem Mose, syna weterana wojennego, który chciał zostać kupcem. Potrzebowałem jednak tych wszystkich informacji, by móc opisać świat dookoła niego. Zależało mi na tym, aby osoby, które lubią tematykę starożytnego Egiptu, nie poczuły zawodu, czytając tę książkę.

Co doradziłbyś czytającym nas studentom, którzy także chcieliby pójść w Twoje ślady?

Odradzam kopiowania czyjegoś stylu. Każdy powinien znaleźć własną drogę, nie oczekując, że wszystkim się będzie od razu podobać. Na pewno trzeba dużo czytać i pisać. Czytać także swoje teksty, również na głos. To mi bardzo pomaga, jeśli chodzi o poprawę warsztatu. Wtedy dopiero wychodzi dużo błędów. 

Artykuły z tej samej kategorii

Tetris nie dla tetryków – Polak mistrzem świata w legendarnej grze

W ostatnim czasie w Niemczech rozegrano mistrzostwa świata w Tetrisa, w których rywalizowało ze sobą 55 zawodników z 20 krajów. Najlepszym w stawce okazał się Adam Matys...

Matematyczka mistrzynią świata w trójboju siłowym. Wywiad z Agatą Sitko

Agata Sitko to studentka matematyki na Politechnice Śląskiej, która mimo młodego wieku może pochwalić się wieloma sukcesami sportowymi. Mistrzyni świata w trójboju siłowym...

Kinga Czapska-Koziarska – na podbój branży beauty

Kinga Czapska-Koziarska to absolwentka Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu i właścicielka marki O! nails. Firmę, która dziś może poszczycić się ogólnopolskim zasięgiem, założyła, będąc...