poprzedni artykułnastępny artykuł

Dwa światy na cienkiej granicy – Irlandia Północna

Brexit spowodował, że sprawa granicy irlandzko-brytyjskiej znowu pojawiła się na agendzie, mimo że podpisane ponad 20 lat temu Porozumienie Wielkopiątkowe na zawsze miało zakończyć ten konflikt. Wydaje się jednak, że zmęczone społeczeństwo zaakceptowało jedną rzeczywistość. Jedną, choć w Ulsterze światy są dwa. My i oni. Nasi i tamci. Katolicy i protestanci. Irlandczycy i Brytyjczycy.

Wolne Miasto Derry

Wcale nie jest takie oczywiste, jak to miasto powinno się nazywać. Każdy Irlandczyk powie: Derry. Każdy Brytyjczyk, od czasów najazdu w XVII wieku, uznaje tylko Londonderry. Dla zamieszkujących je irlandzkich katolików jest wolnym miastem – wolnym od pierwszego członu i brytyjskiej korony.

Na wjeździe do (London)Derry nie ma tabliczki z nazwą miasta – przedstawiciele obu obozów niszczyli wersje, które im nie odpowiadały. Komunikacja miejska w końcu znalazła rozwiązanie – autobusy w poniedziałki mają przystanki przy ratuszu miasta Londonderry, we wtorki zjeżdżają do bazy przy dworcu głównym w Derry. W środy jeździ się po Londonderry, w czwartki znów do Derry…

Drugie największe miasto w Irlandii Północnej zamieszkuje obecnie ok. 80 tysięcy katolików i tylko 3 tysiące protestantów. Liczby nie kłamią, ale republiki wciąż tu nie uświadczysz. Na masztach przy urzędach i budynkach państwowych powiewa flaga Wielkiej Brytanii.

„Sunday, bloody Sunday”

Znacie tę piosenkę U2, co? To wszystko zdarzyło się w dzielnicy Bogside, w (London)Derry. W „Krwawą Niedzielę” w 1972 r. brytyjscy żołnierze zabili 14 uczestników protestu przeciwko narzuconemu prawu, które pozwalało aresztować każdego Irlandczyka bez sądu pod pozorem terroryzmu i które odbierało miejscowym prawo do demonstracji.

W epicentrum tamtych wydarzeń stoi dziś The Bogside Inn – legendarny pub, w którym miejscowy Kaczmarski gra wieczorami ballady o wolności i patriotyczne rebel songs. Gdy ojczyzna pod zaborem, nic nie brzmi tak dobrze jak piosenki, które zagrzewały do boju rewolucjonistów z IRA. Pub otaczają budynki pokryte muralami z podobiznami bohaterów. Jednym z nich jest Bobby Sands, ikona walki o wolną Irlandię.

Symboliczna paka

Crumlin Road Gaol w Belfaście zamknięto w 1996 r., ale do dziś pozostaje symbolem konfliktu irlandzko-brytyjskiego. Swoje odsiedział tam m.in. Sands, który na znak protestu zmarł śmiercią głodową. Wycieczka z przewodnikiem po mikrocelach więzienia, nazywanego kiedyś „europejskim Alcatraz”, obrazuje ogrom cierpienia pragnących wolności Irlandczyków, jednak wystarczy przejść kilka metrów dalej, by poznać drugą stronę medalu.

Serce lojalistów

Shankill Road to główna ulica protestanckiego Belfastu. Zlokaliozowany tu legendarny pub Rex zaprasza na hit Premier League, pojedynek United z Liverpoolem. Wszyscy są oczywiście za drużyną z Manchesteru, która oszlifowała piłkarski diament z protestanckiej dzielnicy Belfastu śp. George’a Besta. Wszyscy też chętnie podejmą każdy temat, który mógłby pomóc lepiej zrozumieć aktualną sytuację, bo choć Shankill jest zagłębiem lojalistów, to irlandzka pogoda ducha zdaje się nie mieć paszportu.

Na Shankill zachwycą kolejne murale, liczne portrety królowej Elżbiety i nasi bohaterowie z Dywizjonu 303! Spacerując, dotrzecie do centrum pełnego perełek z epok wiktoriańskiej i edwardiańskiej, gdzie swoje giganty budowało angielskie towarzystwo okrętowe White Star Line. To w Belfaście powstał Titanic, którego tragiczne zatonięcie wielu łączy z niedomówieniami i sporami wśród jego budowniczych.

Zatargów między Irlandczykami z północy jest jednak dziś na szczęście stosunkowo niewiele. Niezdrowy ekstremizm nie ma już tak wielkiej siły przebicia jak jeszcze 20 lat temu, ponadto jednym z głównych zapisów Porozumienia Wielkopiątkowego jest zdanie, że w przyszłości to ludzie demokratycznie będą mogli zdecydować, czy chcą korony, czy republiki. Póki co, za irlandzkie przysmaki w Ulsterze zapłacicie funtami, a kilka dni na północy będzie przedsmakiem dla dalszego odkrywania szmaragdowej wyspy. W alternatywnej rzeczywistości bez wirusa taki wypad polecam miłośnikom historii najnowszej i tej nieco starszej, niemieszanej, z kosteczką.

Na wjeździe do (London)Derry nie ma tabliczki z nazwą miasta – przedstawiciele obu obozów niszczyli wersje, które im nie odpowiadały.

Zatargów między Irlandczykami z północy jest jednak dziś na szczęście stosunkowo niewiele.

Artykuły z tej samej kategorii

Rok końca “końca historii”

Mijający rok obfitował w istotne i niespodziewane wydarzenia na świecie i w kraju, które często odbierały nam poczucie stabilności i bezpieczeństwa. W jaki sposób 2022 rok...

Kraina winem i pizzą płynąca

Nigdy nie byłam orłem z geografii. Na mapie Polski zazwyczaj umiałam znaleźć morze, góry i Wisłę. Z mapą świata było tylko gorzej. Austria i Australia zawsze...

Berlin – z wizytą muzealną

Nowy rok akademicki już się zaczął, ale podróżniczy popęd nie odpuszcza? Znam to, sama często przeglądam tematyczne blogi w poszukiwaniu inspiracji, które...