poprzedni artykułnastępny artykuł

Jak nie dać się zrobić w kurs – 7 żelaznych zasad

W erze unijnych dofinansowań można niemal za darmo zrobić kurs ze wszystkiego. Szkoleniowy bigos powoduje, że nieraz po kursach ze wszystkiego w głowie ma się nic nowego.

Poderwać laskę?

„Szkolenia? Są po to, aby się dobrze zabawić, coś zwiedzić, dobrze zjeść, poderwać jakąś laskę z kursu albo docentkę” – prowokuje jeden z internautów, przedstawiający się jako pracownik budżetówki. W ten sposób komentuje on zarzuty innych internautów, punktujących na jednym z portali nieraz wątpliwą zasadność i jakość szkoleń. Znalezienie obecnie kursu dla studentów czy absolwentów uczelni wyższych to kaszka z mleczkiem. Google wypluwa kilkadziesiąt internetowych baz, mających w swojej ofercie nieraz i ponad setkę płatnych i bezpłatnych kursów w całej Polsce, ruszających lada tydzień.

Szkoła groomingu

Można nauczyć się groomingu (pielęgnacji zwierząt), odbyć szkolenie wojskowe czy optymalizować podatki i to wszystko niemal za darmo, w końcu Unia Europejska płaci. Problem w tym, że hojnie rozdawane dotacje na tzw. aktywizację młodych (to istotna część wartego 3,7 mld euro unijnego projektu) drastycznie obniżyły jakość oferowanych kursów. W szkoleniowym bigosie swoje dwa grosze zarobić chce cała masa spryciarzy skuszonych dopłatami za organizację kursów i szkoleń. I nierzadko jest tak, że na kursie strzyżenia psów, trenerzy z bożej łaski koncentrują się głównie na tym jak gładko i szybko ogolić kursantów oraz urzędników z pieniędzy. Czytelnicy „Konceptu” mają zapewne w głowach zgoła odmienny koncept szkolenia czy kursu od przedstawionego powyżej: ma być inspirująco, intensywnie, dogłębnie, idealnie niczym w harvardzkim podręczniku. W efekcie kwalifikacje i wiedza kursantów wspiąć się mają na kolejny, wyższy poziom. Dlatego zebraliśmy 7 żelaznych zasad, których należy przestrzegać inwestując swój czas i pieniądze w samodoskonalenie. Tak by nie skończyło się tylko na „laskach z kursu”.

1. Renoma, nie reklama

Od kilku lat trwa zacięta walka o pierwsze kilka wyników wyszukiwania w Google na wszystkie odmiany hasła „szkolenie” oraz „kurs”. Ci, pojawiający się na pierwszych miejscach często wydają tysiące złotych miesięcznie, by zapewnić sobie miejsce na szczycie. Jednak tu sprawdza się stara, marketingowa prawda, że produkt od reklamy nie staje się lepszy. Szukaj zatem opinii po forach internetowych, pytaj znajomych na portalach społecznościowych, szukaj instytucji współpracujących z renomowanymi uczelniami. I pamiętaj, że biednego (czytaj: studenta) nie stać na tandetę.

2. Asteroidom dziękujemy

Dobre ośrodki szkoleniowe to często te, istniejące przed falą unijnego dofinansowania, uruchomionego w 2005 r. Przed tą datą istniało zaledwie  25 proc. funkcjonujących dziś firm szkoleniowych (wg wyliczeń NIK). I jak widać, nie były to jednoroczne wystrzały, obliczone na szybki pieniądz, a długofalowe projekty biznesowe. A te zwykle opiera się na dostarczaniu

klientom odpowiedniej jakości za dobrą cenę.

3. Trener? Bez chandry

Dobra jakość to nie catering od Gesslera w przerwie szkoleń czy pozłacany pendrive w prezencie. To przede wszystkim trenerzy, nauczyciele. Zawsze domagaj się spotkania z trenerem przed rozpoczęciem kursu, przekonaj się, czy jest to osoba z charyzmą, czy raczej chandrą. Sprawdź jej kompetencje, szperając np. w bazie naukowców, GoldenLine czy LinkedIn. Aha, jeśli jest młodszy od ciebie, to znaczy, że albo trafiłeś na geniusza (1 proc. szans) albo na sprawnego pozyskiwacza unijnych dotacji.

4. Tajna wiedza o sobie

Nie wymagaj tylko od trenera, szkoły, innych kursantów. Wymagaj też od siebie. Musisz dogłębnie przemyśleć swoje potrzeby, naszkicować sobie strategię ścieżki rozwoju zawodowego, osobistych zainteresowań. I z taką podbudową zdobywaj kompetencje. Nie rób kursu pisania aplikacji na smartfony tylko dlatego, że przecież wszyscy teraz otwierają technologiczne startupy.

5. Też jesteś krawcem

Być może, pomimo przeguglania niemal całego internetu, wciąż nie możesz znaleźć kursu o jakim marzyłeś. Renomowane szkoły możesz traktować wówczas niczym dobre restauracje: jeśli poprosisz ketchup do kawioru, kelner poda ci go bez mrugnięcia okiem. A więc buduj swój własny, indywidualny tok kursu, bazując na wszystkich dostępnych szkoleniach i trenerach w danym ośrodku. Jeśli w odpowiedzi spotkasz się z zimnym „nie”, to znaczy, że czas szukać od nowa.

6. Przypadki chodzą po głowie

Wiecie ile kosztuje podręcznik Philipa Kotlera – guru marketingu, legendy Harvardu? 70 zł. Wiecie ile kosztuje kilkudniowy kurs z kimś, kto wam tę książkę niezgrabnie opowie? 700 zł. Jeśli nie stać cię na kurs z samym Kotlerem za 1000 dolarów, szukaj jego naśladowców. Magia najlepszych trenerów to nie czysta koszula i „dr” przed nazwiskiem a umiejętność korzystania z potęgi analizy przypadków czyli gromadzonych samemu dziesiątek tzw. case’ów. Zatem najpierw sam naczytaj się książek za 70 zł, a potem szukaj trenera-inspiratora a nie lektora.

7. Papierek to mit

Nie wydawaj biletów Narodowego Banku Polskiego na bezwartościowy papier. Minęły czasy, gdy pracodawcy i rekruterzy patrzyli na ilość certyfikatów, zaświadczeń dopiętych do CV. Możesz mieć „papierowo” skończone kursy do zarządzania wszystkim i wszędzie w każdym języku świata, ale jeśli na rozmowie z pracodawcą nie podeprzesz kwitów realną wiedzą, usłyszysz sakramentalne „zadzwonimy do pani/pana…”.

Witold Skrzat   fot. www.efs.gov.pl

Artykuły z tej samej kategorii

Niewidzialna ręka rynku – czy nadal działa?

Podejmując dyskusje na tematy gospodarcze lub polityczne, coraz częściej można spotkać się z teorią tzw. niewidzialnej ręki rynku. Jakie faktycznie jest...

Czy Ukraińcy zabiorą pracę Polakom? – rynek pracy w Polsce a wojna w Ukrainie

Czy zabraknie pracy dla Polaków? W ciągu zaledwie trzech tygodni od wybuchu wojny na Ukrainie do naszego kraju przybyło prawie dwa miliony uchodźców. Co dalej?...

Kryzys walutowy w obliczu wojny

Czy grozi nam kryzys walutowy? Gdy wybucha wojna, wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. Warto przyjrzeć się temu, jak obecna wojna...