poprzedni artykułnastępny artykuł

„Złapać cały ten świat” – o dwóch dekadach na hip-hopowej scenie z Łoną i Webberem

Łona i Webber to duet doskonale znany wszystkim miłośnikom hip-hopu. Trudno uwierzyć, że ich debiutancki legalny album obchodzi w tym roku dwudzieste urodziny. Reprezentanci Szczecina opowiedzieli nam o swojej ostatniej epce zatytułowanej „Śpiewnik domowy” i spostrzeżeniach dotyczących pandemii.

Kamil Kijanka: „Koniec żartów” obchodzi w tym roku swoje dwudzieste urodziny. Macie może jakieś pomysły, jak uczcić tę okrągłą rocznicę?

Webber: Obchodzimy w tym roku dwie takie rocznice. Przed nami dwudziestolecie „Końca żartów” i dziesięciolecie albumu „Cztery i pół”.

Łona: W zasadzie nie jesteśmy jakimiś mistrzami okrągłych jubileuszy. Lepiej nam wychodzą te nieregularne.

Jesteście pomysłowi, dlatego pytam…

Łona: Pamiętaj, że pandemia źle wpływa na kreatywność. Ludzi zamkniętych w domach dopada znużenie, przez co pomysłowość spada… Niestety, jak człowiek ma więcej czasu, to wcale nie oznacza, że będzie go spędzał bardziej produktywnie.

„Czas odnotować ten fakt przykry, przywykliśmy do rzeczy absolutnie niezwykłych”. Zdanie to jest jak najbardziej aktualne. Dziś nie dziwi nas widok ludzi w maskach na ulicach.

Webber: Sam łapię się na tym, że oglądając film, w którym jest np. scena w metrze, jestem szczerze zdziwiony i wręcz oburzony, gdy dostrzegam ludzi bez masek. Mimo że pandemia trwa raptem rok, to jednak zdążyłem już do tego przywyknąć.

„Śpiewnik domowy” wydaliście w niezwykle trudnym okresie dla artystów. Pamiętam, że sami zastanawialiście się, jak to będzie. Okazało się jednak, że płyta została przyjęta bardzo dobrze.

Webber: Tak, to prawda, pojawiły się pozytywne recenzje i przede wszystkim odbiór od naszych fanów, choć największą weryfikacją zawsze są koncerty, na nich możemy się skonfrontować muzycznie z naszymi odbiorcami. Tych, ze względu na wiadome okoliczności, mieliśmy raptem trzy. Z czego jeden bardzo kameralny.

Łona: Cała reakcja świata zewnętrznego na tę płytę, z wyjątkiem wspomnianych trzech koncertów, ograniczała się do opinii internetowych, do których staram się zachować pewien dystans. Oczywiście pozytywne recenzje cieszą, ale ja im do końca nie ufam. Niech ta pandemia się już skończy.

Proces tworzenia epki wyglądał nieco inaczej niż zwykle. Na czym polegała różnica?

Łona: Na ogół jest tak, że najpierw mamy muzykę, potem dochodzi tekst. W przypadku tej epki było po prostu odwrotnie. Ot i cała historia.

Występuje za to wiele wątków, także kulturowych.

Łona: Bo za całym „Śpiewnikiem” stoi konkretny i generalny zamysł: złapać cały ten świat, który na nas wpływa, i opowiedzieć o tym. Nie sloganami, a przez małe rzeczy, drobiazgi. By z tego z kolei wyłonił się obraz, na bazie którego słuchaczka czy słuchacz sam dojdzie do wniosku, że ciekawość jest najwyższą formą tolerancji, a muzyka jest językiem wszechświata.

Poruszacie na niej mnóstwo ważnych i ciekawych tematów. Utwory są kierowane raczej do świadomego słuchacza, który będzie chciał poświęcić więcej czasu na zrozumienie treści i poznanie bohaterów pojawiających się w tekstach. Nie baliście się reakcji?

Łona: Pewnie, jakieś obawy były. Czasem trzeba przełknąć gorzką pigułkę i pogodzić się z tym, że np. nie cały świat będzie zachwycać się utworem „Udostępniam Ci Playlistę”. Mniej wytrwali, nie rozumiejąc, o co chodzi, pewnie nawet nie dotrwają do refrenu. Dopuszczam do siebie takie myśli. Więcej – z żalem przyjmuję do wiadomości, że ktoś można nie dostrzec nieoczywistego piękna „Kuća poso” Ekrema Jevrića Gospody czy nie zatracić się w „Dalibombie” Sandu Ciorby. Trudno, jego strata. Ja odwrotnie – bardzo się jaram każdym numerem z tej listy i miałem po prostu ogromną ochotę, by o tych muzycznych breweriach opowiedzieć.

Zastanawiam się, w jaki sposób udało Ci się połączyć tak wiele różnych wątków w jedną spójną całość. Jak chociażby w otwierającym płytę „No Akomodejszon”, gdzie mamy elementy afrobeatowe, najsłynniejsze duńskie klocki i scenę z życia prywatnego samego autora.

Łona: Kiedy to naprawdę tak wygląda: w życiu młodego rodzica wszystko występuje naraz. Syn układa klocki – duńskie albo i chińskie, w tle leci afrobeat, z tyłu poniemiecki kredens plus córka, która odpala zabawkę grającą temat przewodni z „Psiego patrolu”, tak się składa, że w koreańskiej wersji językowej. Chciałem pokazać ten nadmiar bodźców.

„Echo” to z kolei prawdziwa lekcja historii opowiadająca o losach społeczności żydowskiej po wojnie. Co Wami kierowało, że zdecydowaliście się poruszyć tak poważny temat?

Łona: Na pewno generalnym fundamentem jest głęboka niezgoda na antysemityzm. A z kolei to, że „Echo” opowiada o marcu 68., wynika z chęci ocalenia od zapomnienia ludzi, którzy wtedy stąd wyjechali. Żywych ludzi, z krwi i kości. To nie jest historia przez duże „H” rodem z podręcznika, tylko opowieść o prawdziwych ludziach, którzy mieszkali w Szczecinie, tu pracowali, tu się bawili, tu zakładali kapele… Ja się tym od dawna interesowałem, ale gdyby nie olbrzymia praca dr. Eryka Krasuckiego z Uniwersytetu Szczecińskiego, gdyby nie poszukiwania Weroniki Fibich i Adama Ptaszyńskiego, wiedziałbym o tym znacznie mniej. Jak ktoś bardzo wnikliwie poszuka, to odnajdzie na YT relacje Leona Waksmana, który opowiada o tym, dlaczego ojciec zdecydował się mu zmienić imię. Żyjemy w Szczecinie. W fajnym i bardzo ciekawym mieście, w którym przed laty mieszkało wielu Żydów. To jest ciągle żywa historia. I warto o tym mówić.

Nie da się ukryć, że Szczecin jest dla Was ważny.

Webber: Oczywiście, że jest. Na każdej płycie dajemy temu wyraz. Kocham to miasto. Jest to chyba jedno z najbardziej zielonych miast w Polsce. W ciągu piętnastu minut od wyruszenia z domu rowerem lub autem jestem w stanie znaleźć się w lesie lub nad jeziorem. Doceniam to szczególnie teraz, w okresie ogólnego zamknięcia i pandemii. Głusza, las. To jest to.

Łona: A z drugiej strony to jest miasto z bardzo ciekawą ofertą kulturalną. Szczecin jest w ogóle spoko do życia i pracy. Jeżeli ktoś potrafi się obejść bez tak rozbudowanej infrastruktury jak chociażby w stolicy, to na pewno będzie zadowolony, że mieszka właśnie tutaj.

„Śpiewnik domowy” to nie tylko wielokulturowa podróż liryczna, ale i muzyczna. W „Stop, Nadju” sięgnąłeś np. po rosyjską kompozytorkę i pieśniarkę Żannę Biczewską.

Webber: Adam udał się ze swoim tekstem na Wschód, więc i ja powędrowałem w tę stronę. Przy tym albumie starałem się podkreślić w kompozycjach klimat docelowych podróży Adama, uzupełniając je samplami i instrumentarium, które ów nastrój oddałyby najlepiej. Uzbierała się z tego też całkiem sympatyczna kolekcja winylowych płyt.

Czy jako artysta dbający o każdy szczegół, szukający dźwięków i inspiracji, nie masz poczucia irytacji, że przeciętny słuchacz nie zwróci na to należytej uwagi?

Webber: Nie jest to dla mnie aż tak istotne. Liczy się suma, czyli muzyka. Najważniejsze, by udało mi się skupić uwagę słuchacza lub porwać go w ruch, a najchętniej i to, i to. Piszę „słuchacza”, ale tak naprawdę to ja jestem jej pierwszym słuchaczem i jeżeli we mnie wywołuje ona taki efekt, a później znajduje również innych odbiorców, to to jest tak naprawdę najbardziej satysfakcjonujące.

Co takiego w sobie miał Nikifor Szczeciński?

Łona: Był wielkim artystą; wielkim, bo wolnym. Tworzył coś z niczego. Nieustannie. Potrafił ustawić instalację tylko po to, by za chwilę ją zburzyć i w tym miejscu wykreować następne dzieło. Przez wiele dni mijałem jego prace, nie zauważając ich. Jak już się w końcu połapałem, z czym ja tu właściwie obcuję, to wpadłem w popłoch, że to umknie większemu audytorium. No i postanowiłem utrwalić, co się da, stąd pomysł o założeniu konta na Instagramie. W końcu powstał utwór opisujący autora i jego street artową rzeczywistość.

Oraz teledysk, ostatnio nagrodzony, który jest także swoistym dziełem sztuki.

Łona: To piękny łańcuch pokazujący jak się ta ludzka aktywność wzajemnie inspiruje. Od street artu samego Nikifora, poprzez Instagram i nasz numer, aż po teledysk. Chłopaki pracowały dwa miesiące po kilkanaście godzin, misternie układając tę konstrukcję. Udało im się stworzyć coś zupełnie nowego, ale wszystko zaczęło się właśnie od twórczości Nikifora Szczecińskiego.

To na koniec może zdradzicie, czy możemy się czegoś od Was spodziewać w najbliższym czasie? Nad czymś może pracujecie?

Łona: Nie lubię rozmawiać o planach i na pewno tego ze mnie nie wydusisz! Musiałbym coś pościemniać, więc najlepiej od razu zakończyć ten temat (śmiech). Mogę jedynie zapewnić, że „Śpiewnik domowy” nie jest naszym ostatnim słowem.

Webber: Przez ostatnie miesiące pracowałem nad muzyką do spektaklu „Czik”, który – mam nadzieję – będzie miał swoją premierę w tym roku w Teatrze Polskim w Szczecinie. A co dalej? Zobaczymy.

Artykuły z tej samej kategorii

Warcaby matką szachów?

Natalia Sadowska mimo młodego wieku może pochwalić się ogromnymi sukcesami. Dwukrotna mistrzyni świata w warcabach opowiedziała nam o swojej karierze, a także...

Międzynarodowy Dzień Archiwów

Archiwa to ważne instytucje w życiu społecznym. Już od dłuższego czasu obchodzone jest ich święto. To właśnie 9 czerwca odbywają się liczne wydarzenia...

Szkoła Kultury Łowickiej

Gwara i folklor łowicki są cenione na całym świecie. Najbardziej charakterystycznymi elementami tej kultury są ludowe rękodzieła, takie jak wycinanki oraz pająki z kolorowego...