poprzedni artykułnastępny artykuł

Wiktor Świetlik: Pawie i papugi

I znowu zacznę od Barei. Jego bohaterowie albo nosili wąsy od „przedwojnia” albo pomimo „trustów”, „karteli” i „władzy kapitału” podziwiali jak się w Ameryce za samochodami kurzy. Społeczne marzenia, mity i ideały bardzo często sprowadzają się do dalekiego, lepszego miejsca, takiego jak mitologiczne Wyspy Szczęśliwe, albo starych, lepszych czasów, które już nie wrócą (Eden). Kiedy Polacy za czymś tęsknią, to jest to bądź przedwojenna Polska (a dla niektórych, niestety PRL), bądź Zachód, gdzie wszystko jest przecież lepsze. To także najkrótszy opis naszych aspiracji edukacyjnych.  „Przedwojenna matura znaczyła więcej niż dziś doktorat”, „kiedyś absolwent szkoły oficerskiej miał większą wiedzę ogólną niż osoba dziś kończąca studia humanistyczne”, „zachodnie uczelnie lepiej przygotowują do konkurowania na rynku pracy”, „absolwent uczelni w USA kończy ją wiedząc, jak się rozwijać przede wszystkim w swojej dziedzinie”. To kilka obiegowych opinii, pod którymi podpisze się bardzo wielu z nas. I są to opinie prawdziwe. Absolwent dobrego gimnazjum znał przed wojną łacinę i trochę grekę. Dziś rzadko je pamiętają absolwenci historii. Wystarczy zwrócić uwagę na ilość cytowań, wynalazków, rankingi, ale także rynek pracy, by stwierdzić, że z kolei nasze uczelnie nie są zbyt praktyczne. Problem leży jednak nie tylko w tym, że te dwie aspiracje są sprzeczne. Leży też w tym, że dogmatyzm lub bezmyślne powielanie bywają gorsze od faszyzmu. Edukacja sprzed niemal wieku odbywała się w zupełnie innych warunkach i – na wyższym poziomie – była dostępna wyselekcjonowanemu gronu najlepszych. Ceną masowości jest jakość – zdaje się przekonywać profesor Tomasz Nałęcz w rozmowie z „Konceptem”. Z kolei profesor Zdzisław Krasnodębski przekonuje, że jak małpować, to dobrze. Bezrefleksyjnie ściągając z Zachodu przede wszystkim zaadaptowaliśmy biurokrację akademicką i „testomanię”, natomiast zapomnieliśmy o uczeniu krytycznego myślenia, samodzielności intelektualnej, rozwijania zainteresowań. Czy grozi więc na idioedukacja? Przyznam szczerze, że nie przepadam za takimi zbiorowymi tezami. Może po prostu na początek niech każdy z nas indywidualnie sprawi, by jemu i jego dzieciom nie groziła. Bo – jak pisze w tym numerze – doktor Rafał Matyja, wiele zależy od każdego z nas. Wiktor Świetlik: redaktor naczelny Konceptu

Artykuły z tej samej kategorii

Młoda Polska cz. 3: Będąc młodym intelektualistą WS 2022

W rozkwicie młodości możemy dokonać rzeczy wielkich. Młode lata sprzyjają byciu czystej wody ideowcem. Czy można w tym czasie osiągnąć mądrość i uniknąć...

Kisiel w Odrze – felieton Wiktora Świetlika

Człowiek nigdy do końca nie przewidzi, jaki rejon Polski stanie się bohaterem medialnego sezonu ogórkowego. Ale co do jednego może być pewien – jak...

Kieszonkowe końce świata [felieton Wiktora Świetlika]

Z faktu, że oswajamy się z obecnością potwora, nie wynika, że przestaje on istnieć. Z faktu, że codziennie patrzymy na cierpienie, nie wynika, że jest ono mniejsze. Warto o tym pamiętać,...