poprzedni artykułnastępny artykuł

Varanasi. Indie w pigułce

Ostatni raz byłem w Varanasi po drodze do Nepalu w 1999 roku. Po trzecim roku studiów w Katedrze Etnologii i Antropologii Kulturowej. Były to moje pierwsze dni w Indiach i chyba cierpiałem na nadmiar wrażeń, choć i tak szok kulturowy przychodził stopniowo, bowiem do Indii wybrałem się lądem przez Turcję, Iran i Pakistan. Z tamtego krótkiego pobytu w mieście został mi w głowie taki obrazek: płynę łódką po Gangesie, od wiosła odbija się jakaś niedopalona do końca ludzka noga, oczy szczypie dym z ognisk kremowanych na brzegu zwłok, a na głowy sypie się trupi pył. No i ten zapach, słodki zapach popielonych ciał. Teraz przyjechałem do świętego miasta hinduizmu – Varanasi – prosto z Maha Kumbh Mela – największego festiwalu i zgromadzenia ludzkiego na świecie. 10 lutego w Allahabadzie, w wodach Ga ngesu za nurz yło się 35 milionów ludzi, a szacuje się, że w czasie całego festiwalu, który zakończy się 10 marca, przez Kumbh Mela, czyli Święto Dzbana przewinie się około 110 milionów pielgrzymów. Hinduiści wierzą, że woda z Gangesu posiada cudowną moc zmywania grzechów, a kąpiel w czasie Kumbh Mela dodatkowo potrafi zatrzymać cykl reinkarnacji, tak by trafić od razu do Królestwa Bożego. Po Allahabadzie Varanasi mnie już nie zadziwiło. Czułem się prawie jak w domu. Na ghatach, czyli kamiennych schodach prowadzących do Gangesu palono zwłoki, nieopodal kapele przygrywały na bębnach młodej parze, praczki prały sari, turyści popijali herbatę, bramini błogosławili pielgrzymów, żebracy wyciągali ręce po bakszysz, a święci sadhu popalali haszysz. Poza tym, że od czasu pierwszej podróży do Indii spędziłem tu szmat czasu, zacząłem się zastanawiać co jest nie tak? Nie poczułem tego zapachu śmierci, który wtedy wygnał mnie z miasta. Czyżby nauczono się inaczej kremować zwłoki, czy może wiatr powiewa nieustannie w kierunku wydm na drugiej stronie rzeki? Nie wiem. Pod koniec XX wieku miasto było opanowane przez izraelskich turystów, którzy wtedy oblegali dosłownie Indie w poszukiwaniu uciech po trzech latach w armii. Dziś ich niewielu, coraz więcej młodych Żydów wybiera Amerykę Południową, czy Azję Południowo- Wschodnią. Dziś Varanasi wydaje się być „skolonizowane“ przez Japończyków i Koreańczyków. Praktycznie w każdej knajpie mogą przeczytać menu we własnym języku i zamówić swoją pikantną kapustę morską kimczi.

– Czemu tak was tu dużo w Varanasi? – spytałem się grupki Azjatów. – Bo Varanasi to wyjątkowe miejsce – odpowiedziała 37-letnia Miki z Japonii – u nas nie ma hinduizmu i Hinduistów. Przyjeżdżamy tu, by dowiedzieć się czegoś o tej wielkiej religii. Poza tym Varanasi to jakby Indie w pigułce, to miejsce gdzie Hindusi marzą by zakończyć swą ziemską podróż. Wystarczy się tu zatrzymać na jakiś czas, by poczuć atmosferę kraju – dodała.

Hindusi wierzą, że ich święte miasto stworzył bóg Sziwa. Nad Gangesem i w wąziutkich uliczkach starego miasta czas się jakby zatrzymał. W końcu Varanasi to jedno z najstarszych zamieszkanych ciągiem miast świata. Czasem nazywa się je miastem śmierci, ale nie ma tu jakiegoś niebywałego smutku, bo śmierć w hinduizmie to zawsze krok ku nowemu.

Artykuły z tej samej kategorii

Młoda Polska cz. 3: Będąc młodym intelektualistą WS 2022

W rozkwicie młodości możemy dokonać rzeczy wielkich. Młode lata sprzyjają byciu czystej wody ideowcem. Czy można w tym czasie osiągnąć mądrość i uniknąć...

Kisiel w Odrze – felieton Wiktora Świetlika

Człowiek nigdy do końca nie przewidzi, jaki rejon Polski stanie się bohaterem medialnego sezonu ogórkowego. Ale co do jednego może być pewien – jak...

Kieszonkowe końce świata [felieton Wiktora Świetlika]

Z faktu, że oswajamy się z obecnością potwora, nie wynika, że przestaje on istnieć. Z faktu, że codziennie patrzymy na cierpienie, nie wynika, że jest ono mniejsze. Warto o tym pamiętać,...