poprzedni artykułnastępny artykuł

Twój głos brzmi znajomo

Robert Czebotar to człowiek wielu talentów. Z granymi przez niego postaciami zaprzyjaźniło się wielu z nas. Któż nie uwielbiał Chudego z „Toy Story”, nie chciał być odważny jak Cyklop z serii „X-Men” lub pomysłowy jak Kapitan Planeta?

„Koncept”: Jak zaczęła się Pana przygoda z dubbingiem?

Robert Czebotar: Pierwsze kroki przed mikrofonem stawiałem w Rozgłośni Harcerskiej. Janusz Sikorski, współtwórca kultowej grupy szantowej Stare Dzwony zaprosił mnie do współpracy w 1991 r. Prowadziłem w RH audycje na temat jazzu i wędkarstwa, czytałem też serwisy informacyjne. Tam też podjąłem próby pozbycia się tzw. „korka w krtani”, towarzyszącego moim pierwszym audycjom na żywo. Rozgłośnia Harcerska, która mieściła się w budynku YMCA, była wspaniałą szkołą rzemiosła i jest bardzo mocno związana z dubbingiem, który na mojej drodze zawodowej pojawił się nieco później.

W międzyczasie przyszły też pierwsze „reklamówki” głosowe dla dawnego Radia Solidarność. Regularnie grałem też na deskach Teatru Polskiego, bo teatr był dla mnie wtedy podstawowym zajęciem. Cały ten bagaż doświadczeń dał mi szansę na pojawienie się w legendarnym Studiu Opracowań Filmów na ulicy Nabielaka 15; studiu, w którym powstała m.in. „Pszczółka Maja”. Najpierw otrzymywałem od niezapomnianej Marii Piotrowskiej propozycje mniejszych ról, potem przyszedł czas na większe wyzwania i kolejne castingi, takie jak trwający kilka miesięcy (sic!) casting do roli Chudego w „Toy Story”. Po drodze, na zaproszenie Andrzeja Piszczatowskiego, otrzymałem propozycję współpracy z Teatru Polskiego Radia, który dla młodego adepta sztuki był niezwykle nobilitujący i kształcący. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych. To wtedy wszystko się zaczęło. Moja współpraca z mikrofonem, z którym lubimy się i szanujemy do dziś. Myślę, że czasem jest to nawet jakaś forma miłości!

Czy czuje się Pan bardziej aktorem dubbingowym, czy teatralnym? A może nie można tego kategoryzować?

W chwili obecnej w teatrze pracuję bardzo rzadko. Natomiast dla naszego zawodu, dla profesji aktora, najlepiej jest być osobą uniwersalną, potrafiącą pracować zarówno przed mikrofonem, jak i przed kamerą czy na deskach teatru. Każda z tych dziedzin wymaga zupełnie innego podejścia do rzemiosła i ważne, by umieć się w tym wszystkim odnaleźć. Staram się być w zawodzie w sposób różnorodny, dlatego nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem wyłącznie aktorem głosowym, telewizyjnym czy też teatralnym. Cieszę się, że dzięki uprawianiu mojego zawodu na różnych frontach ciągle mogę się rozwijać.

Wspominał Pan o tym, że pracę przed mikrofonem zaczynał w Rozgłośni Harcerskiej. Prezenterzy i dziennikarze radiowi bardzo często twierdzą, że nie lubią słuchać swojego głosu. Czy z aktorami dubbingowymi jest podobnie?

Sądzę, że tak. Bardzo długo przyzwyczajałem się do brzmienia mojego głosu. Pamiętam zabawną historię. Wiele lat temu w bufecie Teatru Polskiego przy ulicy Karasia znajdował się ogromny, dudniący telewizor. W pewnym momencie, w trakcie spożywania zupy pomidorowej, na ekranie pojawiła się reklama batoników, do której użyczyłem swojego głosu. Myślałem, że ze wstydu schowam się pod stołem. Wydawało mi się wtedy, że brzmię koszmarnie. Szczęściem prawie nikt nie zwrócił na to uwagi…

Dziś mam już do tego większy dystans. Jednak zawsze, gdy użyczam swojego głosu, staram się robić wszystko jak najlepiej. Tak, abym sam był szczęśliwy i na 100% zadowolony z wykonanej roboty.

Czy umiejętność mówienia różnymi głosami jest kluczowa w tej pracy?

Tak, choć ważne jest, by operować danym głosem powtarzalnie. Jeżeli mamy do zagrania małe role, nie ma z tym większego problemu. Chcąc jednak uprawiać ten zawód dłużej, i móc pozwolić sobie na zbudowanie wielowymiarowej postaci, trzeba mieć odpowiednie umiejętności techniczne. Modulowanie głosem, dobry słuch i punktualność rytmiczna to najważniejsze składowe potrzebne do pracy w dubbingu. Z reguły robimy polskie wersje filmów istniejących już w wersjach angielskich, niemieckich czy francuskich. Oznacza to, że wsłuchując się w ścieżkę obcojęzyczną, musimy rozpocząć daną kwestię tam, gdzie zaczyna ją dana postać, w tym samym momencie kwestię tę zakończyć, a często także wpisać się odpowiednio w ruch ust bohatera, czyli tzw. kłapy. Zrobić rytmicznie pauzę tam, gdzie on ją wykonał, kontrolować tekst i dopasować barwę głosu tak, aby była ona jak najbardziej zbliżona do oryginału, i wszystko to dzieje się w szeleszczącym, jednym z najtrudniejszych języków świata!

Część naszych czytelników pewnie myślała o tym, by spróbować swoich sił w dubbingu. Czy fakt, że nie studiowali nigdy aktorstwa, przekreśla ich szanse?

I tak, i nie. W Akademii Teatralnej możemy skutecznie popracować nad techniką, dykcją, warsztatem i interpretacją. Nad elementami niezbędnymi w tej pracy. W dzisiejszych czasach mamy jednak możliwości techniczne, sprzętowe i ogromną potrzebę specjalizacji. Skupiając się na samodzielnym doskonaleniu w zakresie dykcji, także można osiągnąć zadowalające rezultaty i pojawić się w studiach dubbingowych. Nawet jeżeli nie jest się studentem aktorstwa. Oczywiście trzeba mieć przy tym odpowiednie predyspozycje i samodyscyplinę. Studia teatralne otwierają wiele dróg, ale zdarza się, że pojawiają się wśród nas koleżanki i koledzy, którzy nigdy nie studiowali na AT, a przed mikrofonem radzą sobie znakomicie! Kluczem jest wspomniana już technika użytkowa, czyli dykcja, która nie przeszkadza w budowaniu postaci.

Czy jest to problem dla aktora dubbingowego, gdy po wielu latach musi powrócić do grania jakiejś postaci?

Jeżeli dbał o swój głos i ćwiczył, a nie ma w tej pracy innej możliwości, to nie powinno być z tym najmniejszych problemów.

Zazwyczaj to kwestia kilku minut, by po wielu nawet latach „wskoczyć” ponownie w daną rolę. Tego się po prostu nie zapomina. I jest przy tym zawsze dużo frajdy; to tak, jak byśmy się posługiwali maszyną czasu, która przenosi nas kilkanaście lat wstecz.

To może porozmawiajmy o niektórych rolach granych przez Pana. Czy jest jakaś postać charakterystyczna, którą Pan traktuje w sposób szczególny?

Przychodzi mi na myśl serial „Brickleberry”; przeznaczony raczej dla dorosłej widowni, bo pojawiają się tam dość krwiste słowa. Grałem tam kilka ról, m. in. Jima Petardę, bezzębnego, sepleniącego faceta. Ponieważ jego postać była skonstruowana zabawnie i nietuzinkowo, grało mi się Jima znakomicie. Rola ta dawała duże pole do popisu i ogromną swobodę interpretacyjną.

Bardzo lubię też narratora z „Atomówek”. Razem z reżyserką Ewą Kanią znaleźliśmy na niego pomysł. W „Atomówkach” wygrałem po castingu trzy role, ale ostatecznie państwo nadzorujący produkcję ze Stanów Zjednoczonych uznali, że byłoby to lekką przesadą. Zagrałem więc Narratora i Profesora Atomusa. W czasie sesji nagraniowych najpierw nagrywaliśmy aksamitną barwą rolę ojca tytułowych bohaterek, a potem ostrzejszym tembrem kwestie narratora.

Do tego dodałbym przeróżne postaci z „Looney Tunes”, które graliśmy pod koniec ubiegłego wieku. Były to role, które sprawiały mi naprawdę ogromną frajdę i satysfakcję. Szkoda że czasy, w których nagrywaliśmy sceny razem, stojąc obok siebie przy mikrofonie, odeszły bezpowrotnie do lamusa… Dziś już niestety nie gra się grupowo, a było w tym sporo uroku.

Nie wymienił Pan Chudego z „Toy Story”.

Owszem, bo mówiąc o rolach charakterystycznych, zawsze mam na myśli te postaci, dla których w sposób szczególny musiałem zmienić barwę głosu. Zmienić do tego stopnia, że nawet moi koledzy po fachu mieli wątpliwości, czy ja to ja. Dla normalnego widza moje brzmienie jest wtedy absolutnie anonimowe.

Do zbudowania postaci Chudego nie zmieniałem jednak zbytnio głosu, używałem raczej swojej średnicy, która okazała się bardzo podobna do barwy Toma Hanksa. Gram Chudego od połowy lat dziewięćdziesiątych, więc zdążyłem się z tą postacią zaprzyjaźnić.

Siłą serii „Toy Story” są wspaniałe scenariusze i rewelacyjna obsada! W polskich wersjach TS pojawiło się wielu znamienitych aktorów. Amerykanie byli do tego stopnia zadowoleni, że po odsłuchaniu pierwszego TS przyznali nam nagrodę za najlepszą wersję europejską.

Czy dubbing w grach komputerowych jest czymś zupełnie innym niż ten nagrywany w przypadku bajek?

Są pewne różnice. Bazą oczywiście jest wspominana technika aktorska. Przy grach jest dużo pracy samodzielnej. Dostajemy na ekranie tekst, najpierw w wersji angielskiej, potem w polskiej. Nie rozprasza to wcale, a wręcz pomaga. Słuchawki są naszym nieodłącznym partnerem. W uchu słyszymy oryginalny głos, najczęściej w języku angielskim, a sami staramy się wypowiedzieć daną kwestię tak, by było to zgodne z emocjami bohatera i czasem trwania jego propozycji na daną postać.

Doskonale pamiętam Pana jako Czarownika z trzeciej odsłony „Diablo”.

Bardzo miło wspominam pracę przy tym projekcie. Co ciekawe, ani ja, ani żaden z pozostałych aktorów grających głównych bohaterów w Diablo III nigdy nie grał w jakąkolwiek grę komputerową! Nigdy! Może jedna osoba z podstawowego składu miała ogólne pojęcie, o co w tej zabawie w budowanie komputerowych światów chodzi… Nie przeszkodziło nam to w stworzeniu czegoś absolutnie wyjątkowego!

Kiedy wybuchał świat oparty na komputerach, poszedłem w stronę muzyki i książek. W pojmowaniu dźwięków i obrazów pozostałem odrobinę analogowy. Nigdy nie ciągnęło mnie w stronę gier i mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że jestem na tę formę rozrywki odporny!

Wiem, że niektórzy nie mogą żyć bez sesji w LOL-a lub Call of duty i oczywiście nie ma w tym nic złego. Bez komputerów niemożliwe byłoby choćby nagrywanie kolejnych filmów i gier komputerowych!

Artykuły z tej samej kategorii

Jezus postawił na głowie moralność, prawo i obyczaje

Wielkanoc zbliża się wielkimi krokami. Z tej okazji nie podamy Wam przepisu na najlepszy żurek czy paschę. Zastanowimy się m.in. nad tym, czy o Jezusie można mówić jako...

Bo do tanga trzeba dwojga

Krzysztof Cugowski to żywa legenda polskiej muzyki rockowej. Śpiewane przez niego przeboje pokochała cała Polska. Były wokalista Budki Suflera uczcił swoje...

Wyklęci przez komunistów żołnierze niezłomni

1 marca wspominamy żołnierzy zbrojnego podziemia antykomunistycznego, zwanych wyklętymi. O ich działalności rozmawiamy z Jarosławem Wróblewskim, pracownikiem Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów...