poprzedni artykułnastępny artykuł

Recenzje

PRZEDZIWNY HIDALGO DON KICHOT Z MANCZY MIGUEL DE CERVANTES, MUZA, 1190 S.

Jak wiele klasycznych dzieł literatury, słynna dwuczęściowa powieść Cervantesa może wydawać się pozornie znajoma, w końcu szaleństwo Don Kichota dawno stało się przysłowiowe, a o Sanchu Pansie, Rosynancie i Dulcynei słyszał każdy. Nie należy jednak się łudzić, że znajomość klasycznych utworów przez jakiegoś rodzaju kulturową osmozę sięga głęboko – już wkrótce po zabraniu się za samodzielną lekturę „Don Kichota” czytelnik przekona się chociażby, że słynny epizod walki z wiatrakami wziętymi za olbrzymy ma miejsce na początku powieści. Co z pozostałym tysiącem stron? Zatrzymując się przy samej warstwie fabularnej, wystarczy wspomnieć, że ostateczny los dzielnego hidalga raczej nie przeniknął do zbiorowej świadomości i pozostaje do odkrycia dla większości czytelników. Zdaje się, że nie każdemu będzie znana nawet wyjawiona na początku powieści przyczyna szaleństwa Don Kichota i zarazem ważny motyw, którym kierował się Cervantes. Mimo że „Don Kichot” to być może najważniejsza powieść w historii, niekoniecznie znajduje to odzwierciedlenie w kanonach lektur. Tytułowego bohatera do heroicznego przedsięwzięcia inspirują dziesiątki nałogowo czytanych romansów rycerskich, a sama książka ożywa jako komentarz na temat popularnej w czasach autora fikcji. Z kolei napisana dekadę później druga część wprowadza gry literackie na nowy poziom, gdyż stanowi komentarz nie tylko na temat części pierwszej, którą Cervantes przypisuje innemu autorowi, ale także na temat apokryficznej kontynuacji faktycznie napisanej przez innego autora i wydanej w międzyczasie, na którą natyka się także sam Don Kichot. Nieporozumienie może sięgać głębiej. Co prawda po lekturze hiszpańskiej powieści raczej nie zmieni się podejście czytelnika do zbrojnych ataków na młyny, ale kwestią otwartą pozostaje ocena szerzej rozumianej donkiszoterii czy też donkiszotyzmu, podejścia do rzeczywistości, które przejawia szlachic. Wielu czytelników uzna je za pewnego rodzaju cnotę, podobnie jak Fiodor Dostojewski, który na wzór tego błędnego rycerza ulepił księcia Myszkina, bohatera „Idioty”, w zamyśle postać moralnie doskonałą. Dodajmy tylko, że w trakcie lektury „Don Kichota” nietrudno zaśmiać się na głos, przynajmniej do czasu, gdy znów nie zaczniemy współczuć bohaterom, nad którymi Cervantes rzadko się lituje.

GOLIAT TOM GAULD, CENTRALA, WYDANIE II, 98 S.

Tom Gauld to szkocki rysownik najbardziej rozpoznawalny za cotygodniowe paski komiksowe publikowane w „The Guardianie” i „New Scientist Magazine”, a także inne ilustracje, w tym okładki „New Yorkera”. Poza tym, że paski Gaulda są publikowane w zbiorach, np. wydanym w Polsce „Instytucie bombowych teorii”, autor jest także twórcą kilku powieści graficznych, z których w naszym kraju zostały wydane „Mooncop” oraz „Goliat”, przy czym ten ostatni komiks już dwukrotnie. Twórczość Szkota często nawiązuje do dzieł i motywów literackich i nie inaczej jest z „Goliatem”, w którym rewizji zostaje poddana biblijna historia o Dawidzie i Goliacie. Jak wiadomo, biblijny Goliat każdego dnia rzucał wyzwanie Izraelitom; wiadomo także, jak był uzbrojony i zabity, a poza tym niewiele więcej. Te elementy pojawiają się w wersji komiksowej, a przy kilku kadrach umieszczone są nawet cytaty ze Starego Testamentu. W wersji Gaulda Goliat jest urzędnikiem, który zostaje wybrany, aby straszyć wroga jedynie ze względu na swój wzrost. Jeśli chodzi o usposobienie, jest łagodny i mało asertywny, przez co nie stawia oporu i bierze udział w blefie Filistynów. Taka reinterpretacja odnosi się jednocześnie do wszelkich mitycznych olbrzymów, których pokonywanie było jednym z ważniejszych zadań każdego herosa. Zdaje się, że dopiero w oświeceniowej literaturze ponadprzeciętny wzrost przestał iść w parze z potwornym usposobieniem. Koncept Gaulda jest ciekawy, a prosty styl zarówno rysunków, jak i dialogów pomoże podkreślić to zderzenie mitu z bardziej codziennymi realiami. Zdaje się jednak, że ta prostota idzie za daleko, bo chociaż styl oparty na lakoniczności i niedopowiedzeniu jest w dużym stopniu odporny na taką krytykę, to tak przewidywalna, redukowalna do ułamku swojej i tak krótkiej objętości opowieść pozostawia niedosyt większy, niż to zostało zamierzone.


CUDOWNI CHŁOPCY REŻ. CURTIS HANSON, PROD. JAPONIA/NIEMCY/ USA/WIELKA BRYTANIA, 111 MIN

Cudowni chłopcy” to ekranizacja noszącej ten sam tytuł drugiej powieści Michaela Chabona. Barwne dzieła autora od początku budziły zainteresowanie w Hollywoodzie, co zaowocowało adaptacjami jego dwóch pierwszych powieści, z których najbardziej udaną produkcją są właśnie „Cudowni Chłopcy”. Rozczarowujące wyniki finansowe tego filmu wydają się mieć nieco wspólnego z faktem, że mimo kilku prób adaptacje następnych dzieł Chabona nie doszły do skutku. Rozczarowanie to nie zakłóciło jednak kariery Curtisa Hansona, którego zarówno poprzedni film („Tajemnice Los Angeles”), jak i kolejny po „Cudownych chłopcach” („8 mila”) świetnie poradziły sobie komercyjnie. Gorycz dodatkowo osłodził fakt, że oryginalna piosenka napisana przez Boba Dylana na potrzeby „Cudownych chłopców” zdobyła Oscara, podobnie zresztą jak później piosenka napisana przez Eminema na potrzeby „8 mili”. Jest to pewna poszlaka co do tego, gdzie tkwi największy talent Hansona, który kładł duży nacisk na budowanie atmosfery. Grady Tripp (Michael Douglas) to autor, który lata wcześniej zdobył rozgłos swoją powieścią, a obecnie naucza studentów, z których najlepiej poznajemy Hannah (Katie Holmes) i Jamesa (Tobey Maguire). Łańcuch wydarzeń rozpoczyna się, gdy podczas uroczystości w domu dyrektora wydziału bujający w obłokach James zabija jego psa i kradnie ważną pamiątkę. Inny wątek stanowi romans profesora z żoną dyrektora Sarą (Frances McDormand), a całą sprawę komplikuje też wizyta redaktora Terry’ego (Robert Downey Jr.), który ponagla Grady’ego, aby dokończył swoje kolejne dzieło. Chociaż Grady twierdzi, że cierpi na pisarską blokadę, tak naprawdę jego powieść ma już ponad dwa tysiące stron, a problem tkwi gdzie indziej. Grady okazuje się być ciepłą i sympatyczną postacią, próbuje znaleźć rozwiązanie wszystkich problemów, a opisane tarapaty wyrywają go z marazmu. Cała fabuła jest pretekstem do spędzenia czasu z bohaterami filmu, którzy wariacko jeżdżą po mieście, podczas gdy stale pada śnieg lub deszcz. Hanson ma świetne oko do detali, takich jak książki oraz filmy czytane i oglądane przez bohaterów, z których każdy ma określone motywacje. Wiele elementów składa się na zarysowanie sytuacji, miejsca i atmosfery, stanowiących pewną jedność pozostającą w pamięci widzów na długo po seansie.

NIECH GADAJĄ REŻ. STEVEN SODERBERGH, PROD. USA, 108 MIN

Jest kilka rzeczy, które należy wiedzieć o Stevenie Soderberghu: należy do pokolenia, które w latach 90. zdominowało kino niezależne, a odkąd w 1989 roku zdobył złotą palmę za „Seks, kłamstwa i kasety wideo” (film, który nie tylko wyreżyserował, ale także napisał i zmontował), wielokrotnie do kin lub na platformy streamingowe trafiały nawet dwa jego dzieła rocznie. W 2019 były to dwa filmy, z czego jeden nakręcony iPhonem – należy także wiedzieć, że Soderbergh uwielbia eksperymenty. Fabuła najnowszego filmu Soderbergha rozpoczyna się, gdy słynna pisarka Alice (Meryl Streep) zabiera dwie przyjaciółki z lat studenckich: Susan (Dianne Wiest) oraz Robertę (Candice Bergen), a także bratanka Tylera (Lucas Hedges) w rejs do Wielkiej Brytanii na luksusowym liniowcu w celu odebrania nagrody literackiej. Roberta skrywa żal do Alice za wykorzystanie jej przeżyć w słynnej powieści przyjaciółki, a literacka agentka Alice Karen (Gemma Chan) ukrywa się przed nią na statku i próbuje dowiedzieć się, jak przebiegają prace nad jej następnym dziełem. Nie należy się jednak spodziewać wielu zwrotów akcji, sednem filmu nie jest intryga. Wbrew temu, co mogą sugerować plakaty, Streep nie zawłaszcza filmu; być może bardziej zwraca uwagę rola zdesperowanej postaci Bergen. Kamera Soderbergha (kryjącego się pod pseudonimem także jako autor zdjęć) robi czasem ciekawe i niespodziewane rzeczy, ale poza tym niewiele wzburza spokojną atmosferę rejsu. Subtelne są także pointy filmu, na tyle że po seansie można zastanawiać się, czy nie powinny zostać bardziej podkreślone. Mimo tego widzowie, których tak stonowany film nie przyprawi o senność, nie będą żałować spędzonego czasu.

Artykuły z tej samej kategorii

Recenzje: „Na pełny etat”, „Paryż, 13. Dzielnica”

W tym miesiącu Mateusz Kuczmierowski ma dla Was dwie gorące filmowe nowości. Może dzięki nim pokochacie lub zakochacie się na nowo w Paryżu?...

Recenzje: płyta „Gemini Rights” i film „Elvis”

W tym miesiącu mamy coś dla melomanów i kinomaniaków. Zobacz recenzję „Gemini Rights”, płyty, którą wyprodukował Steve Lacy, oraz przekonaj się, jakie...

Tajemnicze kobiety ze słynnych obrazów

Z pewnością większość z nas zna takie słynne obrazy jak Mona Lisa, Dziewczyna z perłą czy Dama z gronostajem. Ale czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego,...