poprzedni artykułnastępny artykuł

Pokolenie B16

Kiedy cały świat szykował się do hucznych sylwestrowych zabaw i radosnego świętowania rozpoczęcia nowego roku, w watykańskim klasztorze Mater Ecclesiae po kilku dniach choroby zmarł pierwszy w nowożytnej historii Kościoła emerytowany papież, Benedykt XVI.

Na własnych warunkach

Wielu publicystów i komentatorów zauważyło, że cicha śmierć Ojca Benedykta (jak pragnął by zwracano się do niego po renuntiatio) była tak pasująca do jego stylu życia i osobowości jak to tylko możliwe. Był on zawsze w pewnym szczególnym sensie “wycofany”, tak jakby nie chciał, by kiedykolwiek zainteresowanie jego własną postacią i dociekaniami teologicznymi przysłoniło majestat sprawowanego przezeń urzędu, jak i to co najważniejsze w wierze katolickiej – osobistą relację z Chrystusem.

W cichości i niewiarygodnej wręcz pokorze Joseph Ratzinger spędził zwłaszcza ostatnie lata życia w ogrodach Watykanu. Przyjmując tylko garstkę gości (w tym coroczną, urodzinową delegację z ojczystej Bawarii, która zawsze przywoziła papieżowi beczułkę tradycyjnie warzonego piwa) i udzielając kilku wywiadów, większość pozostałego mu czasu poświęcił na nieustanną modlitwę za świat i za Kościół w coraz bardziej niespokojnych latach XXI stulecia. Mimo iż jego cichy głos nie rozbrzmiewał już na placu św. Piotra, jego postać była nieustannym symbolem trwałości i stałości, jakiej potrzebują nasze czasy.

Nie ja jestem tu ważny

Już pierwszego dnia pontyfikatu Benedykt XVI podkreślił, że to nie on jest centralną postacią Kościoła, a sam chce być jedynie pokornym pracownikiem Winnicy Pańskiej. Był on pierwszym papieżem, którego działalność świadomie śledziłem i zarówno wtedy, jak i tym bardziej dzisiaj dostrzegam jak bardzo papież ten różnił się od porywającego tłumy Jana Pawła II czy zdobywającego wielką popularność swoją bezpośredniością Franciszka.

Był on przede wszystkim tytanem intelektu, najwybitniejszym teologiem współczesności. Jego “Wprowadzenie do chrześcijaństwa” stanowi uniwersalne kompendium tłumaczące podstawy wiary katolickiej każdemu czytelnikowi, niezależnie od stopnia zaangażowania w życie Kościoła, a “Jezus z Nazaretu” buduje niezwykle spójny most pomiędzy współczesnymi badaniami historycznymi a obrazem Syna Człowieczego z kart Ewangelii.

Mimo obiektywnie wielkiego wkładu we współczesną teologię, szczególną cechą pontyfikatu Ojca Benedykta była ogromna pokora, z jaką papież wykonywał swoje obowiązki. Nie chciał on bowiem nigdy, aby jego osoba i jego osobiste nauczanie zdominowało Urząd Nauczycielski Kościoła. W świecie pełnym skandali, głośnych imprez i nachalnie zwracających na siebie uwagę celebrytów (co nie omija także kapłanów i hierarchów Kościoła) była to postawa unikalna, która też nie przysporzyła papieżowi z Bawarii popularności. Wszyscy, którzy jednak zadali sobie trud wsłuchania się w słowa i w ciszę Benedykta, wiedzieli, że malowany przez niektórych krytyków obraz oddalenia, sztywności i beznamiętności najwyższego pasterza był całkowicie nieprawdziwy.

Czy będzie pokolenie Benedykta?

Wiele napisano o tzw. pokoleniu Jana Pawła II i szczególnym wpływie jaki miało ono wywrzeć na świat chrześcijański, ale moim osobistym zdaniem nie sprostało ono pokładanym w nim nadziejom, gdyż świat jaki obserwujemy jest raczej coraz bardziej postchrześcijański, a w oczach wielu (wbrew ogromnemu i aktualnemu do dzisiaj dorobkowi) papież z Polski został zredukowany do roli wiecznie żartującego dziadka, pływającego kajakiem czy jeżdżącego na nartach. Czy jednak jest (lub będzie) “pokolenie B16”?

Wśród tych skąpych relacji poza katolicką “bańką” społecznościową, jakie ukazały się po śmierci papieża, dominowały raczej doniesienia o końcu świata, jaki miał on reprezentować. Ostatni papież biorący udział w Soborze Watykańskim II, ostatni papież pamiętający europejską traumę II Wojny Światowej, czy wreszcie ostatni papież akcentujący silnie sakralność urzędu piotrowego i bycie żywym obrazem Chrystusa na ziemi.

Ja jednak żywię wielką nadzieję, że znajdą się ludzie, którzy wsłuchają się uważnie w słowa Ojca Benedykta, niejako odkrywając go jeszcze raz i poniosą w świat jego ideały pomniejszenia siebie samego w imię spraw najważniejszych oraz jak najsilniejszego zakorzenienia w przebogatej teologii, żywej wierze i spójnie traktowanej tradycji, która prawidłowo pojmowana nie jest czynnikiem alienującym, ale jednoczącym i umacniającym wspólnotę. Tylko wybierając “opcję Benedykta” jesteśmy w stanie pogodzić przeszłość z teraźniejszością i z optymizmem patrzeć na skomplikowaną, ale ściśle związaną z eschatologiczną nadzieją przyszłość chrześcijaństwa.

Artykuły z tej samej kategorii

Niewidzialna korona

Wyobraźmy sobie ogród pełen różnorodnej roślinności. Znajdziemy tam rośliny pospolite i zwyczajne, takie jak rumianek, stokrotki, mlecze czy chabry. Pośród nich...

Będąc młodym intelektualistą

Sztuka jest owocem osobowości i zdolności artysty oraz jego bycia w świecie. Otoczenie w którym przebywa ma znaczenie. Taką przestrzenią doświadczenia jest miasto ze swoją atmosferą...

Żywe antyencyklopedie

Mądrości dawnych mędrców całkowicie się zdezaktualizowały. Weźmy takiego Sokratesa, faceta, który – coby nie gadać – miał spory wpływ na losy świata....