poprzedni artykułnastępny artykuł

Myszka w kaszkiecie

Wzrost cen nie jest rzeczą przyjemną i dotyka najbiedniejszych na całym świecie. Ale to bogaci jęczą najwięcej zarazem pokazując, że problemy mają przede wszystkim ze sobą. 

Otóż dowiedziałem się z telewizji śniadaniowej, że pewnej pani, bodajże influencerki, nie stać już na żakiety firmy o luksusowej nazwie, choć nie z tych najbardziej znanych. Nie wyjaśniła, ile taki ciuch kosztuje, słabo znam się na tym, z nazwy i opowieści wynika, że firma włoska, a krótka kwerenda internetowa wskazuje, że może to być nawet kilkanaście tysięcy złotych i to nie za pełną szafę, a za jeden ciuszek. Pani mierzyła żakiety we Włoszech, co dodatkowo zwiększało koszty inwestycji, a bilety, żakiety, podobnie jak wszystko inne – podrożały. W związku tym bohaterka niniejszej opowieści zamiast tego zakupi kolejne żakiety w krajowym butiku. Jej los jest niewątpliwie tragiczny, ale przyjmuje spadające na nią nieszczęścia z humorem, a nawet wręcz stara się z nich wyciągnąć naukę na przyszłość. 

Nie jestem komunistą, anarchistą ani też szczególnym antyglobalistą. Nie mam nic do firmy od żakietów, o której wcześniej nie słyszałem, podobnie jak nie mam nic do ludzi którzy mają pieniądze i trwonią je na absurdalnie drogie produkty. Kasa idzie w ruch, nakręca gospodarkę. Gdzieś tam zarobi i sprzedawca, i kierowca, który to wiezie, trochę wróci do nas czy Włochów w podatkach. Oczywiście istnieje problem z dzieckiem w Bangladeszu czy Kambodży, które musi pracować w fabryce, ale walcząc o jego los należy jednak pamiętać, że i dla rodziny tego dziecka lepiej, żeby jakieś inwestycje trafiały jednak do jego kraju. Problem, który widzę, dotyczy czegoś jednak zupełnie innego. 

W ostatnim czasie, przy okazji kłopotów gospodarczych naszego małego globu polskie media zasypały historie ludzi, którzy mają problem z tym, że muszą trochę zacisnąć pasa. Część z nich, duża część, to opowieści o tym, że kogoś nie stać na Seszele i musi jechać do Egiptu, że musiał sprzedać mercedesa i kupić mniejsze auto, że prywatne lekcje jogi zamienił na kilkuosobowy kurs. Oczywiście nie jest to stan majętności naszego społeczeństwa, które wciąż jest na dorobku i ludzi z autentycznymi problemami finansowymi w nim nie brakuje. Nie brakuje wciąż dzieci, które mogą nie pojechać na wakacje i rodzin, których nie stać na mieszkanie i samochód, i które w związku z inflacją skromniej jedzą. Ale medialne opowieści dotyczą tych od Seszeli i włoskich domów mody. 

To nie obraz problemów Polaków, a obraz kompleksów i aspiracji polskich dziennikarzy, a także – wybaczcie damy – dziennikarek. A, uwierzcie mi, może nie znam się na niczym innym, ale akurat o naszym środowisku dziennikarskim trochę wiem. Marki, pieniądze, marzenia o luksusie. Plastikowy świat budowany przez seriale, gdzie kolacja w drogiej restauracji jest szczytem aspiracji. Towarzystwo ulepione z „Seksu w wielkim mieście” i aspirujące do niego, bo o innych aspiracjach nie słyszało albo wmówiono mu, że są śmieszne. Niestety tacy ludzie często tworzą ten obraz w mediach, na Facebooku, Instagramie, bo tak się złożyło, że tak wygląda świat ich marzeń. Smutny i pusty.

Na szczęście i w mediach, a przede wszystkim życiu, można znaleźć sporo innego. Czytałem niedawno biografię cesarza Hirohito, który władał Japonią przez 65 lat. Pochodził z najstarszej panującej rodziny świata – od ponad 2500 lat. W swoim kraju był przez wielu uważany za Boga. Stała za nim jedna z najbardziej wyrafinowanych ludzkich kultur, był świetnie wykształcony. Jego naród w 1945 był gotów cały zginąć w jego imię, pozostawienie go na tronie było jedynym warunkiem kapitulacji Japonii. Był jedną z dwóch, obok Elżbiety II, najważniejszych koronowanych głów 20 wieku. Można powiedzieć, że mógł mieć wszystko, a na pewno wszystko co było wytworem ludzkich rąk. Pewnie, gdyby się uparł by sobie powiesić w gabinecie Mona Lisę to Japonia jakoś by przekonała Francuzów by choć jej ten obraz wypożyczyli, a jakiś inny Leonarda by nabyła. Gdy Hirohito umarł okazało się, że w kaszkiecie trzymał rzeczy, do których był najbardziej przywiązany. Stary, mały mikroskop (był naukowcem) i zegarek z myszką Mickey, pamiątkę z Disneylandu. 

Ale to był japoński cesarz, gdzież mu tam do naszych influencerek i dziennikarzy. 

Artykuły z tej samej kategorii

W pułapce dwójmyślenia

Czy to, co uważamy za prawdę, rzeczywiście nią jest? 🗣 Czy nie zagubiliśmy się w wygodnym światku gotowych poglądów...

Ile oni zarabiają!

Instagramerki, patocelebryci, influencerzy - ile oni zarabiają? 💸 Czy to wszystko jest oburzające i niemoralne, czy może istnieje coś...

W labiryncie informacji

Kulisy dzisiejszych mediów, gdzie fakty miesza się z fikcją, a prawdziwość informacji staje pod znakiem zapytania. Czy zawsze to,...