poprzedni artykułnastępny artykuł

Mistrz o gołębim sercu

Jerzy Chwałek: Decyzja o przełożeniu Igrzysk Olimpijskich w Tokio na przyszły rok z powodu pandemii koronawirusa jest dla Pana korzystna?

Piotr Małachowski: Są plusy i minusy zmiany terminu. Będę o rok starszy, więc to jest minus. Natomiast pozytywem jest to, że mogłem poddać się zabiegowi oczyszczenia kolana, bo gdyby igrzyska odbyły się zgodnie z planem, to trudno byłoby zdążyć z przygotowaniami do nich. Nie mogłem dłużej czekać z tym zabiegiem, bo czułem duży dyskomfort w kolanie.

Czy więcej czasu wolnego w tym roku z racji odwołanych imprez pozwoliło nadrobić zaległości w życiu prywatnym?

Tych zaległości się nie nadrobi, bo pewne chwile już minęły. Mój syn ma już siedem lat. Nie widziałem tego, jak uczył się chodzić, później mówić, bo przebywałem wówczas na zgrupowaniach. Ale teraz poświęcam mu więcej czasu, jak choćby przy odrabianiu lekcji.

Ma Pan słabość do dzieci, skoro kilka najcenniejszych trofeów za wygrane zawody ofiarował Pan na licytację z przeznaczeniem dla chorych dzieci. Skąd ta szczytna idea?

Mój brat bliźniak urodził się z wadą serca i niestety nie udało się już go uratować. Mój synek też urodził się z wadą nerek. Z żoną byliśmy postawieni niepodziewanie przed takim faktem, bo w trakcie jej ciąży wszystko było dobrze. Tymczasem po narodzinach Henryka były problemy, nawet nie wiedzieliśmy, z jakiego powodu. Wiem, jak to jest, gdy rodzice są bezradni, bo nie ma złotego środka czy leku, a nagle trzeba zadbać o zdrowie i życie dziecka. Dlatego jeśli statuetka za wygranie Diamentowej Ligi czy medal olimpijski – bo te trofea zlicytowano – miały komuś pomóc, to je oddałem. Mają leżeć w domu, żebym za 20–30 lat miał się komuś nimi chwalić? Po co? Teraz żyjemy w dobie internetu i wszystko można sprawdzić, włącznie z tym gdzie, kiedy i jaki medal zdobyłem. Dlatego jeśli znaleźli się ludzie, którzy wylicytowali te trofea, to fajnie się było nimi z kimś podzielić.

Utrzymuję kontakt z rodzicami Tymka czy Olka, którym pomogłem pieniędzmi z licytacji. Rodzice piszą do mnie, składają życzenia, a dzieciaki najgorsze mają za sobą, cieszą się życiem i to jest świetna sprawa. Chociaż w wypadku Olka, który miał nowotwór oka, były jeszcze komplikacje. Dla mnie pieniądze to nie wszystko, bo czasami wcale nie przynoszą szczęścia. Ten świat jest tak skonstruowany, szczególnie w dobie pandemii koronawirusa, że trzeba się dzielić z innymi ludźmi. Nie zawsze jest to kwestia pieniędzy, bo czasami drugi człowiek potrzebuje innego typu wsparcia, choćby zwykłej rozmowy.

Budujące słowa, ale wróćmy do Pana kariery i startów zagranicą. Nigdy nie widziałem tak ciepło przyjmowanego polskiego sportowca na zawodach w Niemczech, szczególnie w Berlinie, jak Pana. Z czego to wynika?

Domyśla się Pan, że chodzi o moją rywalizację z braćmi Robertem i Christophem Hartingami. Szczególnie z Robertem, z którym walczyliśmy na wielu zwodach. On miał lepszy bilans w naszych bezpośrednich pojedynkach, może dlatego Niemcy mnie polubili. Żartuję oczywiście, bo nasza rywalizacja zawsze była zdrowa – raz on wygrał na wielkich zawodach, a innym razem ja. Walczyliśmy na igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata, kilka razy robiliśmy duże show. Podczas MŚ w 2009 roku w Berlinie konkurs rzutu dyskiem okrzyknięto najciekawszą konkurencją imprezy(R. Harting zdobył złoty, a Małachowski srebrny medal – przyp. red.). Nie zawsze mieliśmy ze sobą dobry kontakt, ale to dlatego, że dzieliła nas bariera językowa. Gdy już zacząłem uczyć się angielskiego, często rozmawialiśmy, śmialiśmy się z naszej rywalizacji.

Macie jeszcze ze sobą kontakt? Pytam, bo Robert Harting zakończył już karierę.

Tak. Robert cieszy się życiem, niedawno urodziły mu się bliźniaki. Zobaczy, co to znaczy mieć dzieci, bo gdy mu opowiadałem, jak mój Henryk wstaje rano i jakie mam obowiązki z tego powodu, to nieraz się dziwił albo nie dowierzał. Obecnie, gdy ja go o coś spytałem, to często mówi, że jest niewyspany z powodu swoich dzieci. Powiedziałem mu niedawno: „Witaj w klubie, teraz wiesz, jak to jest mieć dziecko”. Wcale nie mówię, żebym narzekał, bo to wspaniale być ojcem.

Czyli bracia Hartingowie nie są wcale Pana „sportowym przekleństwem”, jak niektórzy kibice mogli sądzić? Robert odebrał Panu w ostatniej kolejce rzutów mistrzostwo świata w Berlinie (2009), a Christoph w podobnych okolicznościach mistrzostwo olimpijskie (2016).

Oczywiście, że nie byłem zadowolony, że przegrałem te zawody, ale takie jest życie. Dałem z siebie maksimum możliwości na tych imprezach. Może przez dramaturgię wspomnianych konkursów wszyscy o nich pamiętają i ja też ich nie zapomnę, a może jeszcze kolejne wyzwania przede mną.

Stadion Olimpijski w Berlinie, na którym toczył Pan niezapomniane pojedynki, jest Pana ulubionym? Czy lekkoatleci w ogóle mają takie miejsca?

Oczywiście, że są takie stadiony. Przede wszystkim lubię startować w Polsce dla naszych kibiców, pewnie dlatego, że przez całą karierę miałem stosunkowo mało startów w kraju. Lubię mitingi w niedużych miejscowościach jak Cetniewo czy Spała. To przyjemne, gdy wchodzisz na stadion i kibice zachęcają cię okrzykami: „Dawaj, wygrasz, walcz”. Stadion w Berlinie też zawsze dobrze wspominam, bo mieszka tam dużo Polaków, którzy zawsze kibicują. Gdy słyszysz ich okrzyki i widzisz biało-czerwone flagi, to dostajesz pozytywnego kopa. Sport bez kibiców byłby nudny.

Niestety, z powodu pandemii stadiony są obecnie w dużej mierze puste. A jak obostrzenia wpływają na Pana przygotowania do sezonu i Igrzysk w Tokio?

Na razie dajemy radę, bo czasami jadę do Tallina, a innym razem mój trener Gerd Kanter przyjeżdża do Spały. Trenowaliśmy wspólnie na Teneryfie i w RPA. Gdy zaczną się poważne treningi i nie będzie można wyjeżdżać z Polski albo wjeżdżać do Estonii bez konieczności kwarantanny, to mogą być problemy. Jakoś trzeba będzie sobie z tym radzić.

Swojego obecnego trenera Gerda Kantera, mistrza olimpijskiego z Pekinu (2008), zna Pan jeszcze dłużej niż wspomnianych braci Hartingów.

Jestem chyba najstarszym dyskobolem na świecie startującym na dużych imprezach, siłą rzeczy znamy się z Gerdem od wielu lat. Zaufałem mu, bo wierzę, że z naszej współpracy może coś wyjść. Nie mam kompleksu swojego wieku, bo ważne jest to, jak się czuję. To chyba tylko w Polsce tak się utarło, że jeśli lekkoatleta ma 35–37 lat, to jest już stary i do niczego się nie nadaje. Może nie mam już takiej mocy, ale mam doświadczenie, które w mojej dyscyplinie jest bardzo ważne.

Po dwudziestu latach startów i kilku poważnych kontuzjach naprawdę entuzjastycznie podchodzi Pan do przyszłości sportowej.

Jestem w dalszym ciągu głodny startów, ale z drugiej strony może to jest chora ambicja sportowca? Rzut dyskiem to sport indywidualny i może podchodzę do tego trochę egoistycznie, ale jest we mnie chęć walki i to jest najważniejsze. Chcę pracować, mam swoje cele i marzenia. Gdybym wygrał Igrzyska w Rio przed czterema laty, to może bym już zakończył karierę i robił coś innego.

Jakie to są marzenia?

Medal olimpijski w Tokio. Chciałbym zakończyć swoją przygodę ze sportem medalem na najważniejszej imprezie. Możliwe, że po zakończeniu kariery zostanę przy sporcie, choć nie wiem jeszcze w jakiej roli – może organizatora imprez lub trenera. Dzięki Ministerstwu Sportu powstał program „Super Trener”, którego jestem ambasadorem, i może zacznę się kształcić w tym kierunku. Chciałbym też pokazać sport synowi, bo jest trochę zaangażowany w tę dziedzinę. Chodzi ze mną na treningi i rzuca dyskiem. Z jego zdrowiem jest już wszystko dobrze i niech tak zostanie.

Artykuły z tej samej kategorii

Co to znaczy być Europejczykiem?

O europeizacji Europy rozmawiamy z ks. prof. dr. hab. Piotrem Mazurkiewiczem, kierownikiem Katedry Teorii Polityki i Myśli Politycznej UKSW, byłym sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów...

Co to znaczy być Europejczykiem?

O europeizacji Europy rozmawiamy z ks. prof. dr. hab. Piotrem Mazurkiewiczem, kierownikiem Katedry Teorii Polityki i Myśli Politycznej UKSW, byłym sekretarzem generalnym Komisji Episkopatów...

Mateusz Bartel

Rozmawiamy dziś z Mateuszem Bartelem, arcymistrzem szachowym. Opowiada o fenomenie szachów i otwiera przed nami świat profesjonalistów.