poprzedni artykułnastępny artykuł

Misje humanitarne to operacje na otwartym sercu

Koncept: Jak to się właściwie stało, że znalazłaś się w Boliwii?

Aleksandra Knetel: Wszystko zaczęło się od uczestnictwa w duszpasterstwie akademickim „Węzeł” w Łodzi, tam poznałam ludzi, którzy – tak jak ja – chcieli uczestniczyć w wolontariacie misyjnym. Poza tym dowiedziałam się o wyjazdach organizowanych przez Salezjański Ośrodek Misyjny (SOM). Z czasem udało się mi razem z przyjaciółmi założyć lokalną wspólnotę misyjną. W tamtym czasie studiowałam, jednak poczułam w sobie potrzebę wyrwania się z codzienności. Gdy zaczęłam poznawać historie ludzi, którzy uczestniczyli w misjach do takich krajów jak Uganda czy Zambia – tematyka ta pochłonęła mnie do tego stopnia, że sama zapragnęłam doświadczyć podobnego wyjazdu. Z początku uczestniczyłam w krótszych misjach. W którymś momencie dość przypadkowo dostałam informację od wolontariusza o tym, że właśnie w Boliwii jest zapotrzebowanie na osobę, która mogłaby wesprzeć już rozpoczętą tam misję. Poczułam, że jest to wyjazd skierowany do mnie.

Co Cię zaskoczyło w Ameryce Południowej?

Chociażby wysokość – przez pierwszy tydzień przechodziłam objawy choroby wysokościowej. Zaskoczyły mnie także wyjątkowo silne wierzenia w przesądy. Gdy stawiano kapliczkę chrześcijańską, to budowniczy zakopywali jajka pod jej fundamentami – co jest przecież tradycją pogańską. W Ameryce Południowej zrozumiałam to, że zupełnie inaczej pojmujemy czas. Śmiało mogę zgodzić się ze zdaniem, że choć to my Europejczycy nosimy zegarki, to jednak oni mają czas. Autobusy mogą po prostu nie przyjechać bądź zmienić trasę bez ostrzeżenia. Poza tym dość niecodzienny dla nas może być powszechny zwyczaj żucia liści koki.

Jak wyglądała Twoja praca?

W Boliwii pracowałam w hogarze dla dzieci [hogar – hiszp. dom – przyp. red.], później na parafii. Zdarzyło się, że uczestniczyłam w ewangelizacji w tropiku, na rzekach – wśród prawdziwych tubylców. Oprócz podstawowych zajęć związanych z opieką, sprzątaniem bądź gotowaniem moją działalność tam mogłabym określić jako operację na otwartym sercu. W gruncie rzeczy musiałam stopniowo przełamywać bariery związane z granicą wieku, aby stopniowo móc lepiej poznać dzieci i do nich trafić. Mimo że mogłam planowo zaczynać dzień pracy o godzinie 14:00, to najczęściej zdarzało się, że dzieci pukały same do moich drzwi od 7:00 rano. To wszystko pozwalało zawiązać nam naprawdę głębokie relacje. Warto pamiętać, że zdarzało się, iż dzieci te pochodziły ze zdemoralizowanych rodzin, w których np. ojciec alkoholik wysyłał swoją kilkunastoletnią córkę na ulicę, by ta mogła zarobić pieniądze z prostytucji. To wszystko było bardzo delikatną sferą.

Co wywarło na Tobie największe wrażenie?

Przede wszystkim ludzie. Ogromne wrażenie wywarły na mnie kobiety ubrane w piękne, tradycyjne suknie, noszące dwa czarne, długie warkocze. W moim przekonaniu to one z reguły biorą odpowiedzialność za dom i rodzinę. Mam przed oczami obraz Boliwijek z przepasanymi dziećmi na plecach, dzielnie dźwigające torby z zakupami. Muszę przyznać, że wyjazd przeżyłam przede wszystkim sercem. Na dalszy plan zeszły wrażenia związane z podziwianiem pięknych widoków.

Co zmienił w Twoim życiu ten wyjazd?

Nauczyłam się szacunku do ludzkich historii. Często z góry oceniamy to, co widzimy na zewnątrz, i nie zagłębiamy się w historie. Dziś współpracuję z ludźmi doświadczającymi bezdomności. W Boliwii nauczyłam się patrzeć niestereotypowo na drugiego człowieka i starać się być dla niego wsparciem. Poza tym, mimo że dobrze jest też wiedzieć, o której przyjedzie pociąg, to jednak dziś, gdy nawet zdarzy się jakieś opóźnienie, wiem, że nic się w gruncie rzeczy nie stanie. Nauczyłam się patrzeć na wiele rzeczy z dystansem.

Artykuły z tej samej kategorii

Rok końca “końca historii”

Mijający rok obfitował w istotne i niespodziewane wydarzenia na świecie i w kraju, które często odbierały nam poczucie stabilności i bezpieczeństwa. W jaki sposób 2022 rok...

Kraina winem i pizzą płynąca

Nigdy nie byłam orłem z geografii. Na mapie Polski zazwyczaj umiałam znaleźć morze, góry i Wisłę. Z mapą świata było tylko gorzej. Austria i Australia zawsze...

Berlin – z wizytą muzealną

Nowy rok akademicki już się zaczął, ale podróżniczy popęd nie odpuszcza? Znam to, sama często przeglądam tematyczne blogi w poszukiwaniu inspiracji, które...