poprzedni artykułnastępny artykuł

Miłka Raulin – mama na końcu świata

Bogumiła „Miłka” Raulin to przede wszystkim mama i mgr inż. trakcji elektrycznej oraz miłośniczka wspinaczki wysokogórskiej. W 2018 roku została najmłodszą Polką, której udało się zdobyć Koronę Ziemi w dziewięcioszczytowej wersji. Niedawno jako jedyna kobieta w czteroosobowym zespole zakończyła niezwykle wyczerpującą podróż na nartach przez Grenlandię – w 28 dni pokonała 600 kilometrów. W rozmowie z nami podzieliła się wrażeniami z ostatniej przygody, a także opowiedziała o swojej pasji.

Kamil Kijanka: Skąd wziął się pomysł, by przemierzyć na nartach Grenlandię?

Miłka Raulin: Tak naprawdę Grenlandia przyszła do mnie sama. Pomysł trawersu lądolodu pojawił się jakieś trzy lata temu, gdy siedząc przy kawie z Mikaelem Strandbergiem, podjęliśmy decyzję o eksploracji terenów polarnych. Byłam już wtedy po zdobyciu Korony Ziemi, on wcześniej eksplorował Syberię. Uznaliśmy więc, że będzie to dla nas wspaniała przygoda.

Najpierw myśleliśmy o biegunie południowym, ale ostatecznie wybór padł na Grenlandię. I dobrze się stało, choć jak się finalnie okazało, nie wszyscy ukończyli ekspedycję. Na wyprawę pojechałam z fantastyczną, międzynarodową i niekomercyjną grupą. Niestety, Mikael nie ukończył trawersu.

Dlaczego?

Dla niego podróż nie zaczęła się szczęśliwie. Po pierwszych trzydziestu minutach marszu Michael przewrócił się i uderzył głową o lądolód. Musieliśmy zorganizować akcję ratunkową.

Jak się potem okazało, skończyło się na wstrząśnieniu mózgu. W takiej sytuacji jego udział w dalszej wyprawie był po prostu niemożliwy.

Ta sytuacja obrazuje, jak niebezpieczna i trudna była to wyprawa…

Niestety. Szybko zorientowaliśmy się, że po tym upadku coś jest z naszym kolegą nie tak. Miał zaniki pamięci, prosił o pomoc przy zawiązaniu raków… Ta przykra sytuacja zasiała w nas spustoszenie.

Dzień wcześniej, w rejonie, w którym znajdował się nasz obóz, spadło sporo śniegu, przez co helikopter nie był w stanie wylądować. Ratownik musiał zjechać po linie, by dostać się do poszkodowanego. Rozwiało nam przy tym mnóstwo rzeczy, a mój namiot został połamany. Na szczęście miałam zapasowe elementy. Namiot Mikaela porwał się doszczętnie.

Potem w trakcie marszu zdarzały się trudne sytuacje, choć już nie tak niebezpieczne. Jeden z naszych towarzyszy wpadł do szczeliny, z której udało się go nam wyciągnąć.

Dla mnie najgorszą rzeczą podczas całej tej wyprawy, oprócz nieznośnych temperatur, była masa sań, które musiałam za sobą ciągnąć. Na początku ważyły 94 kilogramy. Przez pierwsze dni szło mi się bardzo trudno. Musiałam wkładać dużo siły, by dogonić kolegów. Na szczęście z każdym kolejnym dniem było tylko lepiej, bo z sań ubywało jedzenia, a co za tym idzie kilogramów.

W jaki sposób przygotowywała się Pani do wyprawy?

Przygotowania trwały rok. O nogi się nie martwiłam, bo od wielu lat chodzę po górach. Wiedziałam, że muszę wzmocnić plecy. Na siłowni wykonywałam dużo ćwiczeń z martwym ciągiem. Wcześniej przebiegłam kilka maratonów i swój stan kondycji oceniałam ogólnie na dobry. Zastanawiałam się, jak na taki wysiłek zareagują moje ręce, ale było okej.

Dziś odczuwam głównie bóle stawów. Z przeciążenia i chłodu na razie mogę zapomnieć o zrobieniu choćby jednej pompki.

Kiedy zaczęła się Pani przygoda ze zdobywaniem szczytów?

Jako dziecko, kiedy pierwszy raz poszliśmy na Śnieżkę, nie zdawałam sobie sprawy, jak długa podróż nas czeka. Pod koniec dnia byłam po prostu wściekła i zmęczona.

Usłyszałam wówczas bardzo cenną radę – by zatrzymać się na moment i napawać widokiem. Docenić otaczającą zieleń i czuć satysfakcję z pokonanej drogi. To wtedy pokochałam góry.

Potem, w 2004 roku, wygrałam konkurs, w którym nagrodą główną była podróż po Peru. Miałam przy tym bardzo dużo szczęścia, choć muszę przyznać, że też mu pomagałam. Mogłam odpaść po pierwszym etapie losowania, ale jedna z dziewczyn oddała mi swoje miejsce.

Przystąpiłam więc do długich eliminacji, które sprawdzały nie tylko sprawność, ale i poziom wiedzy. Z każdym kolejnym etapem ubywało rywali, których na początku zgłosiło się ponad 11 tysięcy. Udało mi się wygrać.

To była podróż życia. Razem z moją sześcioosobową drużyną zwiedziliśmy całe Peru, a ja zdobyłam tam swój pierwszy większy szczyt – wulkan Misti (5597 m n.p.m. – przyp.red.).

Wtedy zrozumiałam, że świat jest dla mnie otwarty i jeśli tylko chcę czegoś dokonać, mogę to zrobić. Trzeba myśleć pozytywnie i realizować marzenia.

Który ze zdobytych szczytów był dla Pani największym wyzwaniem?

Chyba Denali, najwyższy szczyt Ameryki Północnej. To była bardzo wymagająca góra. W trakcie wyprawy ciągnęłam za sobą 30-kilogramowe sanie, miałam także 24-kilogramowy plecak. Koszmar. Ze względu na zbyt duże obłożenie nabawiłam się lekkiego obrzęku płuc. Przez masę, jaką niosłam, nie mogłam normalnie oddychać. Pamiętam, że wróciłam z tej wyprawy bardzo chuda.

Drugą taką górą była Piramida Carstensza, choć zdobycie jej wierzchołka nie jest wyzwaniem fizycznym, a logistycznym, bo szczyt leży w trudno dostępnej części Papui Zachodniej. By w ogóle się tam dostać, przez siedem dni musiałam przemierzać dżunglę. Choć muszę przyznać, że równikowa przeprawa sprawiła mi sporo radości. W Papui Zachodniej nadal jest wiele nieodkrytych gatunków ptaków czy roślin. Przepiękna przyroda.

Obawiałam się jednak spotkania z lokalną ludnością, czyli Papuasami. Niektórzy zachowywali się w stosunku do uczestników naszej ekspedycji agresywnie. Całkiem niedawno, bo w 2008 roku, odnotowano tam ostatni przypadek kanibalizmu. To jest miejsce, w którym lokalna ludność na znak żałoby nadal odcina sobie palce. Odstraszały nas te rytualne zwyczaje i odczuwalna niechęć w stosunku do nas.

By uniknąć ponownego spotkania z nimi, namówiłam moją grupę do zmiany trasy, która prowadziła przez największą odkrywkową kopalnię złota. To była odważna decyzja, bo kopalnie przekraczaliśmy nielegalnie.

Tę i wiele innych moich przygód opisałam w swoich książkach. Wszystkich zainteresowanych gorąco zachęcam do przeczytania: Siła Marzeń, czyli jak zdobyłam Koronę Ziemi oraz Siła Marzeń, czyli jak zdobyłam Everest.

Nie da się ukryć, że lubi Pani przygody na wysokości. Z tego, co słyszałem, interesuje się Pani również szybownictwem.

Rzeczywiście, kiedyś to była moja wielka pasja. Na studiach faktycznie latałam. Była to wspaniała przygoda. Chciałam nawet zostać pilotem.

Życie poukładało się jednak tak, że jestem inżynierem trakcji elektrycznej. Nie da się robić wszystkiego. Bardzo miło wspominam tamten czas.

Da się połączyć pracę na etacie z tyloma wyprawami?

Nie licząc wyprawy na Mount Everest, każdą wyprawę udawało mi się zorganizować w ramach 26 dni urlopowych, pracując na pełnym etacie. Oczywiście, trzeba było się trochę nagimnastykować, by wszystko spiąć i nie przekroczyć przysługującego mi urlopu.

Jak wspomina Pani produkcję filmu Dziewiąty?

Film pokazuje drugą stronę medalu mojej wyprawy na Mount Everest. Na swoich prelekcjach staram się przedstawiać wszystko w dość lekki sposób. Ale ta góra nie należała do łatwych. Film doskonale to pokazuje.

Na tę wyprawę pojechał ze mną Kuba Goździewicz, operator i dokumentalista. Oczywiście nie towarzyszył mi od początku do końca, bo w wyższe partie gór musiałam pójść już bez mojego przyjaciela.

Jakub to fantastyczny, młody i zdolny dokumentalista. To on zbudował historię, przeprowadzał ze mną wywiady i zmontował film. Zrobił rewelacyjne ujęcia. Ma naprawdę dobre oko. W dużej mierze to jego usługa, że film otrzymał nagrodę za najlepszy film krótkometrażowy na festiwalu Adrenalinium.

Przy okazji wątku filmowego muszę dodać, że nie była to moja jedyna styczność z produkcją. Na stronie Festiwalu Siły Marzeń można zobaczyć szereg wywiadów, które przeprowadziłam z osobami, które są dla mnie wielką inspiracją: Gosią Wojtaczką, Jaśkiem Melą, Krzyśkiem Wielickim czy Marcinem Kostrzyńskim.

Za wyprodukowany kontent telewizyjny byłam nominowana do Telekamer 2022 w kategorii produkcja roku.

Czy są jakieś plany na kolejne wyzwania?

Oczywiście, że są, ale nie zdradzę ich, dopóki nie będę odpowiednio przygotowana. Mogę jedynie powiedzieć, że myślę już o kolejnej dużej wyprawie.

Do tego dochodzą projekty, które od kilku lat cyklicznie realizuję. To festiwal, który odbędzie się w Warszawie (www.festiwalsilymarzen.pl), gdzie będziemy się inspirowali za sprawą fantastycznych gości, a także czwarta edycja Rajdu Południe-Północ.

Jest to rowerowa lekcja historii, na którą zapraszam wszystkich chętnych. Przemierzymy tyle kilometrów, ile lat Polska jest niepodległa. Może się do mnie dołączyć każdy, kto ma ochotę na sportowo świętować niepodległość. Trasa biegnie z Tatr nad Morze Bałtyckie, a ruszamy już w listopadzie.

Odwiedź Miłkę na Instagramie:

https://www.instagram.com/milka.raulin/

Artykuły z tej samej kategorii

“Byłem, można powiedzieć, takim omnibusem”

Legenda polskiej piłki nożnej - trener Jacek Gmoch opowiada o swojej historii. Co zakończyło jego karierę piłkarską? Jak stał...

Nadzieja polskiego hokeja

Przeczytaj wywiad z zawodniczką kanadyjskiego zespołu Ontario Hockey Academy, nadzieją polskiego hokeja - Magdaleną Łąpieś! 🏒🇵🇱 Dowiedz się, jak...

„Czarne charaktery gra się trochę łatwiej”  Z Adamem Woronowiczem rozmawia Kamil Kijanka.

Artman z ,,Diagnozy'', Hepner ze ,,Skazanej'', pułkownik Wasilewskiego z ,,Czasu Honoru'' czy Darek Wasiak z The Office PL -...