poprzedni artykułnastępny artykuł

Co obejrzeć? RECENZJE: Dawni mistrzowie, Lenny, Piosenki o miłości

Mateusz Kuczmierowski jak co miesiąc przygotował dla Was wyśmienite recenzje. W tym miesiącu dowiecie się, czy warto poświęcić czas na książkę „Dawni mistrzowie” i obejrzeć „Piosenki o miłości” oraz film „Lenny”.

Recenzje: Dawni mistrzowie

Thomas Bernhard, Czytelnik, 184 str.

recenzje dawni mistrzowie

Reger to 82-letni mężczyzna co drugi dzień odwiedzający wiedeńskie Kunsthitorisches Museum. Wszystko po to, aby w określonych godzinach usiąść w tzw. sali Bordona i patrzeć konkretnie na jeden obraz. Siwobrodego mężczyznę Tintoretta. Siedząc w tym miejscu, nawet czyta czasem książki, a właściwie wybrane krótkie fragmenty, co jest jego zdaniem najlepszym sposobem lektury. Miejsce na ławce Reger ma zapewnione od ponad 30 lat. A to dzięki przyjaźni z muzealnym strażnikiem Irrsiglerem, co więcej okazjonalnie zamykającym salę Bordona, aby zapewnić Regerowi spokój.

Reger ma w zwyczaju wygłaszać wiele krytycznych opinii. Jego poglądami na temat sztuki przesiąknięty jest Irrsigler, który opowiada je jako własne, ale to tylko jeden z tematów. Nieco tajemniczy narrator powieści Atzbacher wspomina wszelkie różnorodne opinie starszego przyjaciela. Gdy w pewną sobotę czeka na spotkanie z nim po otrzymaniu zaproszenia do muzeum, zagadkowego o tyle, że w tym dniu Reger nigdy nie stawia tam stopy ze względu na zwiększoną liczbę turystów.

Pełne powtórzeń myśli Atzbachera stanowią narrację, która jak spirala powraca do poszczególnych tematów. Za każdym razem zdradzając nam więcej na temat centralnego bohatera i jego krytycznej wizji świata. Wiele z tych poglądów pokrywa się ze zwykle kojarzonymi z Bernhardem sądami dotyczącymi państwa austriackiego, polityki, katolicyzmu, słynnych myślicieli, filozofów i artystów. Nie upieka się nawet muzykom. A Reger to muzykolog od 40 lat piszący o muzyce dla „Timesa”. Ani dawnym mistrzom malarstwa.

Sprawdź recenzje w e-wydaniu

magazyn akademicki koncept nr 97 maj
Przeczytaj e-wydanie!

I nie chodzi tu tylko o nieudane dzieła czy słabsze strony tych twórców, bo mężczyzna często odrzuca ich w całości; nie chodzi chociażby o jakość koncertów, bo ta oczywiście jest dla niego żenująca. Większość kompozycji i płócien sama w sobie głęboko odrzuca Regera, a bohater za dobre uważa jedynie fragmenty. Reger w jednym zdaniu stwierdza, że dawnych mistrzów nienawidzi najbardziej ze wszystkich rzeczy. Ale zarazem, że musi chodzić do nich, „aby móc dalej istnieć”.

I tak zjadliwy, choleryczny wylew, jakim może wydać się sama proza Bernharda, zmienia się na naszych oczach. W pokrętny sposób dowiadujemy się, że ławka tak upodobana przez Regera to miejsce, w którym poznał żonę. Oraz że zawdzięcza to Irrsiglerowi, który kierując się jakąś intuicją, posadził kobietę koło przyjaciela, gdy zasłabła. Przedwczesna śmierć żony doprowadziła go na skraj życia i o stracie tej mówi w niesamowicie dojmujący sposób. Cała mądrość i „wielki duch” zawiodły Regera. Tysiące książek, życie spędzone na obcowaniu ze sztuką i każdy z wielkich mistrzów po kolei zawiedli i nie przydali mu się na nic, gdy stracił ukochaną. Może z małym wyjątkiem i tak nadużytego Schopenhauera.

„Bez ludzi nie mamy najmniejszej szansy przetrwania […], choćbyśmy sobie nie wiem ilu wielkich duchem i dawnych mistrzów wzięli za towarzyszy, oni nie zastąpią żadnej istoty ludzkiej” mówi Reger, w kółko głoszący to samo, aby w końcu zupełnie nas zaskoczyć. Pewne paradoksy jego myślenia do końca się nie odwikłają. Ale gdy odrzuca on wszystko, co z zasady obdarzamy szacunkiem, to, co wyróżnia jako faktycznie wartościowe, jawi się nam absolutnie klarownie.

Recenzje: Piosenki o miłości

reż. Tomasz Habowski, 90 min, prod. Polska

recenzje piosenki o miłości

Pełnometrażowy debiut Tomasza Habowskiego otwiera scena, w której rodzina znanego aktora Andrzeja Jaroszyńskiego (Andrzej Grabowski) musi znosić jego toksyczne, podpite zachowanie na przyjęciu w restauracji. Stawia mu się jedynie syn Robert (Tomasz Włosok). Gdy zwraca on uwagę na kelnerkę, jest to pomocna i zasłużona dystrakcja. Alicja (Justyna Święs) mimo usilnych starań nie jest w stanie oprzeć się urokowi Roberta. Wkrótce para przeżywa romantyczne chwile, odgrywając początkowe sceny z Narodzin gwiazdy Bradleya Coopera w warszawskich krzakach. Alicja nuci Robertowi swoje kompozycje, a on nagrywa je i potajemnie tworzy do nich aranżacje w swoim domowym studiu. Jak dotąd niezbyt przydatnym.

Alicja pochodzi z mniejszej miejscowości i nie jest do końca gotowa, żeby muzycznie współpracować. A już na pewno nie, aby występować przed ludźmi. Robert dowiaduje się tego bardzo szybko, gdy na pierwszym spotkaniu nalega, aby śpiewała dla jego znajomych. Para rozstaje się, aby wznowić znajomość, a potem rozejść ponownie, gdy Robert nie wyprasza nachalnych gości. Nota bene bardzo niemiłych dla Alicji. Kiełkująca miłość pokonuje i tę przeszkodę, a może Robert po prostu dostaje to, czego chce. Jest do tego przyzwyczajony, co tłumaczy nietaktowne zachowania, a może nawet to, że nie raczy chociaż zamarkować taktu. Na tym etapie jesteśmy jednak dosyć daleko w opowieści. Parze udaje się stworzyć dużo materiału, a nam zaczyna być dosyć ich sprzeczek – wiemy zresztą, że nie mają przyszłości.

Zobacz inne recenzje

Kliknij w zdjęcie i sprawdź recenzje z ubiegłego miesiąca!

Z czasem nazbyt oczywisty charakter scen staje się coraz większym problemem. Nigdy nie mamy wątpliwości, co powinniśmy sądzić o danych postaciach i sytuacjach ograniczonych do jednej funkcji. Przez chwilę może wydawać się to ekonomiczne, ale co nam z tego, gdy sceny są wtórne. W pewnym momencie Robert nawiązuje współpracę ze studiem zainteresowanym jego demami. Zostaje mu narzucona wokalistka, której występ musiał być opisany w scenariuszu jako wycie. Robert wywołuje skandal, gdy prosi ją, aby wykonała piosenkę ponownie, tym razem trzymając się oryginału. Dochodzi do awantury, w którą zaangażowany jest także producent. Wściekły na argumentację Roberta, że nie zaszkodzi spróbować, jak gdyby nigdy nie nagrał piosenki dwukrotnie. Jest to świeża scena, bo odkąd opery mydlane emitowane są w kolorze, trudno zobaczyć coś tak topornego w stylowej czerni i bieli.

Najlepiej napisaną częścią filmu są piosenki Kamila Holdena Kryszaka, a zwłaszcza Wszystko, znacznie pogłębiające rys psychologiczny bohaterki. Po kolejnej kłótni dedykuje ona Robertowi szczerą piosenkę o tym, że chce „dać mu wszystko”, a on tylko „chce brać”. Warto docenić klasowy wydźwięk filmu, którego przebieg wydaje się w tym kontekście dobrze przemyślany, zwłaszcza w przekornym finale. Niestety twórcy sabotują własną pracę, nie dając bohaterom dogłębniej porozmawiać o różnicach i kolidują ich ze sobą w wymuszonych okolicznościach, takich jak wizyta w drogiej restauracji, do której Alicja zgodziła się pójść, chociaż nie była głodna lub nie chciała, by Robert za nią płacił. Wrażenie, że poza tego typu potyczkami zaszło między parą coś więcej, mają dawać czułe, nieco intymne widea kręcone telefonem. Gdybyśmy spędzili więcej czasu z parą relaksującą się i rozmawiającą na kanapie, być może nie stracilibyśmy apetytu na długo przed Alicją.

Recenzje: Lenny

reż. Bob Fosse, prod. USA, 111 min

recenzje lenny

Amerykańskie kino lat 70., czyli epoki tak zwanego Nowego Hollywoodu, to setki uznanych dziś klasyków od twórców uważanych za mistrzów. Ale to też skarbnica nieco zapomnianych pereł, chociaż często także autorstwa tych samych figur. Seans Lenny’ego nie sprawi, że zrewaluujemy nakręcony przedtem przez niego Kabaret czy późniejszy Cały ten zgiełk, jedne z najważniejszych filmów dekady, które wciągają nas do swoich światów o wiele głębiej. Jego stylizowana forma przeplatana paradokumentalnymi fragmentami wywiadów czy surowe zdjęcia Bruce’a Surteesa (Brudny Harry, W mroku nocy) mogą jednak zawstydzić współczesnych stylistów kina niezależnego, również celujących uderzenia w nasze trzewia.

Tytułowy Lenny (Dustin Hoffman) to oczywiście Lenny Bruce, obrazoburczy komik walczący o wolność słowa i artystyczną swobodę. Obserwujemy jego drogę od małżeństwa ze striptizerką Honey (Valerie Perrine) poprzez artystyczny szczyt, gdy każdym żartem wydawał się trafiać do serc publiczności i otwierać jej oczy na hipokryzję otaczającego świata, aż po smutny koniec, gdy przegrywał z nałogami i w sądach, a jego występy stanowiły relacje z problemów prawnych. W tym czasie rzucone ze sceny przekleństwo wystarczyło, aby gotowa już policja dokonała aresztowania Bruce’a, co działo się często i zapewniało zresztą stałą publiczność. Nieugięty komik nie dawał za wygraną, a za prawdziwie chore uznawał nierówności, uprzedzenia czy niskie pensje nauczycieli. Przy tym sam mówił, że w lepszym świecie byłby bez pracy. Hoffman z energią i precyzją oddaje niepokój, frustrację i manieryzmy Bruce’a. Być może w momencie premiery film nie rzucał nowego światła na jego dziedzictwo, ale z dzisiejszej perspektywy dobrze je wyjaśnia.

Artykuły z tej samej kategorii

Recenzje – czerwiec

W czerwcowych recenzjach polecamy Wam trzy tytuły: Little Shop of Horrors, Podwodne życie Jacques’a Cousteau, Papierowy księżyc. Sprawdź, co na ich temat...

Kajś, gdzie są też moje korzenie [recenzja]

Laureat ostatniej Nagrody Literackiej Nike Zbigniew Rokita odkrywał swoją śląskość, pisząc nagrodzone Kajś. Ja dzięki jego opowieści zaczęłam zgłębiać własne...

Komiksy – sztuka wyższa czy bękart kultury?

Centrum Komiksu w Warszawie zajmuje wyjątkowe miejsce na mapie wielbicieli ilustrowanych nowel. Porozmawiałem z Jakubem, jednym z właścicieli, na temat znaczenia komiksu w popkulturze, a także...