poprzedni artykułnastępny artykuł

Listopadowe recenzje

W tym miesiącu polecamy Wam trzy nowości filmowe.

Diuna

reż. Dennis Villeneuve, prod. Kanada, USA, Węgry, Wielka Brytania, 117 min

fot. radiozet.pl

Klasyczna literatura science-fiction nie jest łatwa do zekranizowania. Ogromny potencjał wydaje się być na wyciągnięcie hollywoodzkiej ręki, ale kolejne projekty rzadko udaje się doprowadzić do fazy produkcji i prawa do ekranizacji podróżują z rąk do rąk. Tymczasem oryginalne koncepty nie leżą odłogiem i często trafiają do widzów innymi drogami, chociażby skopiowane na małym ekranie.

Ekranizacje Diuny Franka Herberta mają szczególnie ciekawą historię, bo jeszcze zanim David Lynch stworzył swoją kontrowersyjną wersję, Alejandro Jodorowsky pracował nad kilkunastogodzinną adaptacją, która należy do najsłynniejszych niezrealizowanych produkcji w historii – mieli przy niej pracować m.in. H.R. Giger, Orson Welles i Salvador Dali.

Gdy jako reżysera nowej ekranizacji Diuny Franka Herberta zatrudniono Dennisa Villeneuve’a, reakcje były świetne. Twórca, który od lat 90. pracował na swoją pozycję, w zeszłej dekadzie przebił się do Hollywood, gdzie szybko wyrobił sobie niezwykle silną markę. Gdy nakręcił Nowy początek i Blade Runnera 2049, został uznany za specjalistę od ambitnego kina sci-fi.

Villeneuve od razu podjął świetną decyzję, żeby podzielić historię na dwie części – wbrew tytułowi Diuna dociera tylko do połowy fabuły książkowego oryginału. Do tego udało się zgromadzić ściśle pierwszoligową obsadę, jaką rzadko można zobaczyć w jednym filmie.

Osadzona w dalekiej przyszłości opowieść rozpoczyna się, gdy ród Atrydów – Leto Atryda (Oscar Isaac), Lady Jessica (Rebecca Ferguson) i ich syn Paul (Timothée Chalamet) – przybywa na piaszczystą planetę Arrakis, bogatą w kluczową dla całego Imperium substancję, przyprawę. Planetę zmuszeni są opuścić z kolei jej dotychczasowi władcy należący do rodu Harkonnenów, którzy wydają się mieć ukryte zamiary. Zaniepokojony jest zwłaszcza Paul, którego nawiedzają wizje śmierci przyjaciół oraz tajemniczej Chani (Zendaya) należącej do pustynnego ludu Fremenów. Mieszkańcy planety widzą w nim długo wyczekiwanego wybawcę i wiele wskazuje na to, że mogą mieć rację.

Kwestia tego, jak dobrze udało się przenieść na ekran literackie bogactwo wątków i kontekstów, pozostaje otwarta – przesądzi o tym kontynuacja. Widz nie posiłkujący się dodatkowymi źródłami nie dowie się na razie o kilku ciekawych aspektach świata Diuny, chociaż wiele zostało zasygnalizowanych. Natomiast jako widowisko Diuna Villeneuve’a wypada wyjątkowo dobrze na tle większości wysokobudżetowych produkcji. Wysokiej klasy dekoracje oraz pustynne lokacje tworzą świat, który wydaje się wykraczać poza widoczny wycinek. Większość elementów fabuły jest znajoma, ale została zainscenizowana w elegancki, stonowany sposób, chociaż bardzo głośno i intensywnie. W efekcie wiemy, że twórcy wykonali dużo pracy, aby dopasować historię do potrzeb masowej publiczności, ale nie wydają się jej dogadzać kosztem opowieści.

In the Heights: Wzgórza marzeń

reż. Jon M. Chu, prod. USA, 143 min

fot. konsolowe.info.pl

Lin-Manuel Miranda to jeden z kluczowych twórców współczesnej popkultury, a zdobyte przez niego wyróżnienia, w tym nagrody Grammy, Pulitzera, Tony i Emmy, można by długo wymieniać. Łatwiej wymienić jego dzieła, musicale sceniczne, czyli Hamiltona – łączącą gatunki opowieść o tytułowym ojcu założycielu USA i rzadko spotykanych rozmiarów fenomen za oceanem – oraz wcześniejsze In the Heights, które zapewniło mu sławę.

Polski widz musi jeszcze poczekać na Hamiltona nawet w formie sfilmowanej wersji scenicznego spektaklu (a taka należała do największych hitów VOD czasów pandemii). Natomiast do oferty polskich serwisów trafiła wysokobudżetowa adaptacja pierwszego hitu Mirandy In the Heights: Wzgórza marzeń. Film niestety zawiódł oczekiwania producentów i ominął polskie kina.

Historia zostaje opowiedziana z perspektywy Usnaviego (Anthony Ramos), pracownika sklepu, który marzy o powrocie do rodzinnej Dominikany i dowiaduje się, że zlokalizowany tam dawny bar jego ojca jest na sprzedaż. Tymczasem przyjaciele chłopaka także poszukują lepszego życia i wydaje się, że wkrótce ich drogi się rozejdą, a lokalna społeczność przestanie istnieć. Wśród nich jest Vanessa (Melissa Barrera), projektantka mody oraz Nina (Leslie Grace), córka lokalnego biznesmena, która nie chce, aby ojciec wydał wszystkie pieniądze na jej prestiżową edukację. W dodatku następuje wielodniowa przerwa w dostawie prądu w dzielnicy, podczas gdy mają miejsce ogromne upały.

Nie ma natomiast przerw w dostawie energii, którą epatują bohaterowie, śpiewając, tańcząc i rapując na tle faktycznych, nowojorskich lokacji. Transfer scenicznego utworu na ekran wydaje się bardzo skuteczny, chociaż niektóre relacje między bohaterami nie są przekonujące. Ale nie muszą być, zwłaszcza że dawkę autentyczności zapewniają problemy imigranckiej społeczności zaznaczone na ekranie. Żywiołowy, optymistyczny film nie przyniesie nowej fali popularności musicalu, ale gwarantuje eskapiczną rozrywkę na wysokim poziomie.

The Velvet Underground

reż. Todd Haynes, prod. USA, 110 min

fot. filmweb.pl

Popularna anegdota mówi, że grupa The Velvet Underground sprzedała niewiele sztuk swojego debiutanckiego albumu, ale wszyscy, którzy ten album kupili, założyli własne zespoły. Nowy dokument o grupie nie posiłkuje się anegdotami, ale odmalowuje podobny obraz jej dorobku. Aktywny w drugiej połowie lat 60. zespół pozostawił po sobie tak oryginalny dorobek, że nie mógł on z miejsca zostać doceniony przez szeroką publiczność, ale dla wielu słuchaczy zmienił w muzyce wszystko.

Reżyser dokumentu Todd Haynes co kilka lat wraca z filmem zupełnie innym od poprzedniego, ale związanym z jednym z jego ulubionych tematów. Po dramacie sądowniczym Mroczne wody przyszedł czas na kolejną lekcję z historii muzyki, popularnej po Gdzie indziej jestem o Bobie Dylanie czy debiutanckim Superstar: The Karen Carpenter Story z udziałem lalek barbie. Tym razem forma filmu to bardziej klasyczny dokument, ale odwołujący się też miejscami do estetyki eksperymentalnego kina ze środowiska związanego z zespołem.

Film zaczyna się od przedstawienia kluczowych postaci: autora piosenek i wokalisty zespołu Lou Reeda, rozmiłowanego w miejskim brudzie i patologii, a także Johna Cale’a, Szkota głęboko zainteresowanego muzyczną awangardową, o której elementy wzbogacił brzmienie zespołu. To ich współpraca zaowocowała tak charakterystycznym zbiorem kontrastujących elementów: ciężkich tematycznie tekstów oraz popowych melodii Reeda oraz niekończących się gitarowych sprzężeń i upiornych motywów smyczkowych Cale’a. Grupa trafiła pod skrzydła Andy’ego Warhola, który namówił ich do współpracy z niemiecką wokalistką Nico oraz zapewnił oprawę koncertów czy okładkę pierwszego albumu.

Oczywiście zespół ostatecznie się rozpadł, a wcześniej przeszedł kilka zmian składu, które zaowocowały zróżnicowaną estetyką albumów. W końcu Lou Reedowi udało się osiągnąć komercyjny sukces. Chociaż kontekst nowojorskiego świata sztuki i fabryki Warhola może wydawać się dobrze znany, informacje o tym, jakiego rodzaju występy organizował dla grupy, i jak była ona odbierana, pozwolą o wiele lepiej zrozumieć jej dorobek.

Artykuły z tej samej kategorii

Recenzje: „Na pełny etat”, „Paryż, 13. Dzielnica”

W tym miesiącu Mateusz Kuczmierowski ma dla Was dwie gorące filmowe nowości. Może dzięki nim pokochacie lub zakochacie się na nowo w Paryżu?...

Recenzje: płyta „Gemini Rights” i film „Elvis”

W tym miesiącu mamy coś dla melomanów i kinomaniaków. Zobacz recenzję „Gemini Rights”, płyty, którą wyprodukował Steve Lacy, oraz przekonaj się, jakie...

Tajemnicze kobiety ze słynnych obrazów

Z pewnością większość z nas zna takie słynne obrazy jak Mona Lisa, Dziewczyna z perłą czy Dama z gronostajem. Ale czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego,...