poprzedni artykułnastępny artykuł

Kwietniowe recenzje – „Batman” i… [SPRAWDŹ]

Czas na kwietniowe recenzje! Czy Wy też tak jak my czekacie co miesiąc na recenzje Mateusza Kuczmierowskiego? Zobaczcie, dlaczego jego zdaniem warto obejrzeć: „Batmana” – jedną z najgorętszych premier tego roku. Do tego „Komediantki” – serialową nowość oraz „Czerwoną rzekę” – pozycję dla wielbicieli filmowej klasyki.

FILMOWA NOWOŚĆ

Batman – kwietniowe recenzje

reż. Matt Reeves, prod. USA, 175 min

batman
fot. posters.pl

Może wydawać się naturalnym, że postacie takie jak Batman regularnie wracają na ekrany w odświeżonym wydaniu. Gdy studia filmowe wykorzystują wszelkie swoje zasoby, aby dostarczać content, żaden materiał nie może leżeć odłogiem. W każdym razie już na pewno nie taki.

Przy okazji premiery najnowszego Batmana w reżyserii Matta Reevesa, adaptacji o przemyślanym i zniuansowanym podejściu do materiału źródłowego oraz poprzednich kinowych odsłon, trudno nie zastanowić się nad specyfiką tego typu ikonicznych postaci. Protoplaści Batmana tacy jak Zorro czy The Shadow wypadli już dawno z łask masowej publiczności. Podobnie zresztą jak inne postacie, które niegdyś gościły dosłownie w setkach filmów, seriali, słuchowisk i komiksów, np. Tarzan czy Robin Hood. Tymczasem chociażby Sherlock Holmes, Dracula i w szczególności Batman mają się świetnie.

Coś, co czytelnicy komiksów szczególnie docenią w nowym filmie o Batmanie, to wątek detektywistyczny. Historia rozpoczyna się, gdy Bruce Wayne (Robert Pattinson) dopiero od roku spędza noce, walcząc z przestępcami. Chce, aby bali się oni spotkania z nim, nie starając się przy tym zdobyć zaufania porządnych obywateli. Nie jest też zainteresowany wykorzystywaniem swojego majątku i nazwiska do czynienia dobra.

Gdy tajemniczy, zamaskowany Riddler (Paul Dano) zaczyna mordować najbardziej wpływowych obywateli Gotham, a przy tym ujawniać ich przewinienia, Batman będzie musiał nie tylko pomóc porucznikowi Gordonowi (Jeffrey Wright) wytropić Riddlera, ale też przemyśleć własną krucjatę.

Reeves sprostał zadaniu?

Sposób, w jaki Reeves czyni świat filmu otwartym, na wzór komiksów, to kolejna rzecz, którą docenią czytelnicy. Nie jest to ekranizacja, w której postacie, przez dziesiątki lat pojawiające w zeszytach, zostają naprędce wprowadzone i odprawione. W tej historii bohaterowie odgrywają zróżnicowane role. Tacy jak Pingwin (Colin Farrell), gangster Carmine Falcone (John Turturro) czy Kobieta Kot (Zoë Kravitz). Jak gdyby po prostu od dawna zaludniali Gotham.

Wątek poszukiwania mordercy z Batmana nie dorównuje temu z Zodiaka, jednemu z filmów, który jawnie posłużył twórcom za inspirację. Nie było to zresztą celem. Natomiast takie wątki, od dekad obecne w komiksach o Batmanie, to dobry przykład tego, co wyróżnia tę postać: ciągła ewolucja i czerpanie z coraz to nowych źródeł.

Dlatego też kolejny raz do pracy nad Batmanem udało się przyciągnąć jednego z najbardziej pożądanych twórców w branży. Główne zadanie stanowiło konkretne artystyczne wyzwanie. Po baśniowych, campowych czy realistycznych interpretacjach tej postaci wiadomo było co prawda, że nowa wersja powinna zachować sprawdzoną powagę i realizm, ale stanowić też świeżą rekonstrukcję.

Efekt końcowy może wydawać się filmem zbyt długim i niewystarczająco uporządkowanym, ale te spóźnione cięcia i zawiłości sprawiają też, że ogląda się go zupełnie inaczej niż inne produkcje w gatunku. Przetworzenie pewnych elementów, wpasowując je w konwencję – chociażby Riddlera i jego internetowych naśladowców – to dobry przykład sprawności twórców. Takich elementów jest wiele – można nawet nie zauważyć, że film dzieje się zarówno podczas Halloween, jak i wyborów na burmistrza – i tworzą one całość zarówno zakorzenioną w rzeczywistości, ale też bardzo komiksową.

Gdy widzowie nie chcą kolejny raz oglądać śmierci rodziców młodego Bruce’a Wayne’a, mogłoby się wydawać, że termin ważności tej postaci jest bliski. Reeves natomiast ochoczo przesuwa punkt wyjścia i wyciska z materiału źródłowego świeże soki z pomocą doborowego zespołu.

SERIALOWA NOWOŚĆ

Komediantki – kwietniowe recenzje

10 odc. po ok. 30 min

komediantki kwietniowe recenzje
fot. serialowa.pl

Serial Komediantki to nie pierwsza telewizyjna komedia o komikach (najsłynniejsza to Seinfeld), ani nawet o komiczkach (Wspaniała pani Maisel).

Jest to bardziej dramatyczna produkcja niż obie wymienione. Bohaterki muszą radzić sobie z samotnością, desperacją i traumą, co ma raczej słodko-gorzki wydźwięk niż naprawdę smutny, i obecnie czyni serial odświeżającym i pełnowartościowym. Seria opiera się przede wszystkim na relacji dwóch postaci – branżowej weteranki Deborah Vance, odgrywanej przez Jean Smart, czyli aktorkę o kilkudziesięcioletniej karierze od kilku lat przechodzącej renesans, oraz młodej Avy, odgrywanej przez debiutantkę Hannah Einbinder.

Początkowe odcinki mogą nie wywołać u widzów salw śmiechu. W dalszych sytuacje nie eskalują aż tak jak w niektórych komediach. Zamiast tego twórcy szukają własnego tonu.

Gdy poznajemy Avę, jej kariera w pisaniu komedii jest wykolejona przez pewnego tweeta, który, jak później analizują bohaterki, być może nie był wystarczająco zabawny i dlatego został uznany za obraźliwy. Ava błaga swojego agenta Jimmy’ego (Paul W. Downs) o znalezienie jakiejkolwiek pracy.

Kobiecy sojusz

Tymczasem jego inna klientka, legenda komedii Deborah Vance, ma stracić terminy w swoim regularnym show w Las Vegas na rzecz programów skierowanych do młodszej publiczności. Jimmy łączy kropki i wysyła Avę z L.A. do Las Vegas, aby pomogła niechętnej temu pomysłowi Deborah opracować nowy materiał. Rozmowa kwalifikacyjna przeradza się w awanturę, ale walka jest na tyle wyrównana, że obie kobiety zaczynają się szanować. Ava otrzymuje posadę i przez resztę sezonu dociera się z ekscentryczną komediantką i resztą jej współpracowników.

Świta skandalicznie bogatej Deborah, która przewija się przez jej ogromną posiadłość, to przede wszystkim dyrektor finansowy przedsięwzięcia Marcus (Carl Clemons-Hopkins), który staje się zazdrosny o Avę, oraz jej córka „DJ” (Kaitlin Olson).

Gdy Ava zaczyna zgłębiać historię kariery swojej pracodawczyni, bariery między nimi zaczynają upadać. Odnajduje w niej koleżankę po fachu, która co prawda od lat powtarza te same żarty, ale dawno temu przecierała szlaki dla kobiet w branży i była przy tym naprawdę śmieszna. Oczywiście schemat, w którym reprezentanci oddalonych pokoleń uczą się od siebie nawzajem, jest dosyć typowy. Natomiast w tym wydaniu nie jest przejrzały. Chociażby dlatego, że postacie posiadają dobrze zdefiniowane wady charakteru, a kontrast między nimi nie jest przewidywalny – starsza bohaterka ma najwięcej energii.

FILMOWA KLASYKA

Czerwona rzeka – kwietniowe recenzje

reż. Howard Hawks, prod. USA, 133 min

czerwona rzeka recenzja
Joanne Dru i John Wayne w filmie „Rzeka Czerwona” (1948) /Bauer /AKPA
fot. film.interia.pl

Howard Hawks to jeden z najciekawszych reżyserów tworzących w złotej erze Hollywoodu. Choć przez kilka dekad nieszczególnie znany z nazwiska – a przynajmniej w swojej ojczyźnie, bo dla francuskich krytyków był ulubieńcem już w latach 50. Przez dekady utrzymywał niespotykaną niezależność i w przeciwieństwie do większości kolegów po fachu współpracował z wieloma studiami i tworzył niezwykle udane dzieła w wielu zróżnicowanych gatunkach.

I tak Człowiek z blizną (1932) to jeden z najlepszych filmów gangsterskich. Drapieżne maleństwo (1938) i Dziewczyna piętaszek (1940) z komedii,.Tylko aniołowie mają skrzydła (1939) z filmów przygodowych. Wielki sen (1946) z filmów noir. Wymienić jeszcze należy musical Mężczyźni wolą blondynki (1953), wybitne westerny jak właśnie Czerwona rzeka (1948) i Rio Bravo (1959). Hawks stworzył też m.in. film sci-fi, widowisko w starożytnym Egipcie i liczne filmy wojenne.

Słów kilka o fabule

Rola Thomasa Dunsona była pierwszą w dwudziestoletniej karierze Johna Wayne’a, w której jego bohater był wiekowym mężczyzną. Dunsona poznajemy, gdy przybywa do Texasu i zakłada rancho. Kilkanaście lat później, w czasach kryzysu, postanawia on przeprawić swoje ogromne stado przez kilka stanów, żeby je sprzedać.

Pomaga mu w tym adoptowany lata wcześniej Matthew Garth – i co stanowi genialną decyzję castingową, w tej roli występuje debiutujący na ekranie Montgomery Clift, wybitny aktor o delikatnej powierzchowności, z tej samej szkoły co Marlon Brando czy James Dean. Już rola Wayne’a jest szczególnie dobra – jego stały współpracownik John Ford miał na nią nawet zareagować słowami „skurczybyk potrafi grać!”.

Odważne zestawienie aktorów czyni tę opowieść o relacji ojciec-syn szczególną. Gdy Dunson, mimo nowych informacji, uparcie nie chce zmienić celu wyprawy i robi się okrutny względem podwładnych, Garth musi go obalić dla dobra jego własnego dziedzictwa. W tym pięknie sfotografowanym filmie o swobodnie poprowadzonej fabule biblijny konflikt burzy szorstką fasadę, zza której wyłania się głęboka zażyłość.

Jak Wam się podobały kwietniowe recenzje? Dajcie nam znać!

Artykuły z tej samej kategorii

Recenzje: „Na pełny etat”, „Paryż, 13. Dzielnica”

W tym miesiącu Mateusz Kuczmierowski ma dla Was dwie gorące filmowe nowości. Może dzięki nim pokochacie lub zakochacie się na nowo w Paryżu?...

Recenzje: płyta „Gemini Rights” i film „Elvis”

W tym miesiącu mamy coś dla melomanów i kinomaniaków. Zobacz recenzję „Gemini Rights”, płyty, którą wyprodukował Steve Lacy, oraz przekonaj się, jakie...

Tajemnicze kobiety ze słynnych obrazów

Z pewnością większość z nas zna takie słynne obrazy jak Mona Lisa, Dziewczyna z perłą czy Dama z gronostajem. Ale czy tak naprawdę zdajemy sobie sprawę z tego,...