poprzedni artykułnastępny artykuł
Katarzyna Dowbor książka - Magazyn Koncept

Katarzyna Dowbor: Lubię ludzi, ale nie wszystkich

 „Kiedy wyrzucono mnie z pracy zadzwonił do mnie człowiek spoza branży – lider zespołu Bayer Full Sławomir Świerzyński. I zaproponował pomoc. Razem z nim poprowadziłam festiwal muzyki disco-polo. Wcale się tego nie wstydzę”

Dziennikarka i prezenterka telewizyjna w rozmowie z „Konceptem” mówi o swojej najnowszej książce pt. „Mężczyźni mojego życia”, o tym, jak zawodziła się na przyjaciołach, kto w TVP jest gburem i dlaczego przyjaciół trzeba szukać poza pracą.

„Mężczyźni mojego życia”. Tytuł sugeruje, że Pani książka jest swego rodzaju erotycznym pamiętnikiem.

Ten tytuł jest podstępny. Na miarę dzisiejszych czasów. A te są bardzo plotkarskie. Media są rozplotkowane jak nigdy. Cóż, z koniem nie ma co się kopać, trzeba się dostosować do trendu. A mówiąc nieco bardziej patetycznie: iść z duchem czasu. Świat nam się stabloidyzował, o czym piszę we wstępie do książki. Ale tak naprawdę tytuł jest przewrotny i nie do końca prawdziwy. Owszem, opowiadam w książce o mężczyznach, którzy odegrali ważną rolę w moim życiu zawodowym i prywatnym. Ale to przede wszystkim zbiór zabawnych historii i anegdot z przeszłości. Ci, którzy będą szukać łóżkowych zwierzeń mogą być nieco rozczarowani.

Wyobraża sobie Pani wydanie książki o takim tytule 30 lat temu, gdy zaczynała pani pracę w mediach?

Absolutnie nie. Wtedy nikogo nie interesowało, co jedzą ludzie znani z telewizji, albo z kim sypiają. Sfera prywatna pozostawała poza zasięgiem mediów. To były – przynajmniej pod tym względem – naprawdę fajne i sympatyczne czasy. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Tradycyjne dziennikarstwo umiera, a może nawet już umarło. Media są dzisiaj powierzchowne, większość dziennikarzy idzie na łatwiznę. Zazwyczaj to ignoranci, którzy niewiele wiedzą i nie chcą się więcej dowiedzieć. Choć oczywiście nie wszyscy są tacy. Prowadzę zajęcia na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego i wiem, że studiuje tam wielu inteligentnych ludzi z pasją. Ale medialny system nie potrzebuje prawdziwych dziennikarzy. Już raczej mistrzów manipulacji. Teraz wygrywają najbezczelniejsi.

„Mężczyźni mojego życia” to pani autobiografia?

Zdecydowanie nie. Na tę jeszcze przyjdzie czas. Po prostu chciałam napisać bezpretensjonalną książkę, okraszoną wesołymi historyjkami, które pozostały w mojej głowie. Czasem opowiadałam je w towarzystwie i widziałem, że dostarczały ludziom sporo śmiechu i radości. Pomyślałam: to niech inni też się pośmieją.

Dlaczego książka powstała teraz?

Bo miałam czas. Przeżyłam coś, czego nikomu nie życzę. Po 30 latach wyrzucono mnie z pracy. Miałam moment załamania, jak to kobieta przelałam trochę łez. Niepokoiłam się, co będzie dalej. A muszę myśleć nie tylko o sobie, ale i córce, którą wychowuję. W końcu wzięłam się w garść i postanowiłam wykorzystać ten czas, który został mi dany. Zresztą okazało się, że nie miałam go tak dużo. Szybko – po raz pierwszy w życiu – wystartowałam w castingu do programu dla Polsatu. Nie wiedziałam, jak to się robi, ale wygrałam. Nie wiedziałam też, że wygrywanie castingu jest takie łatwe.

Zmiany są dobre. Nie należy ich się bać. Tego się ostatnio nauczyłam. Natomiast z oddalenia widzę, że moja TVP, w której tak długo pracowałam, zmieniać się nie potrafi. Stała się skostniała. Niestety.

Świetnie radzi sobie Pani obecnie w Polsacie. Ale czy wyobraża Pani sobie powrót na Woronicza?

Teraz? Przy obecnych władzach? Absolutnie nie. Musiałoby się tam wiele zmienić. Natomiast nie ukrywam, że jestem bardzo zżyta z tą firmą. Mam do niej ogromny sentyment. Przeżywałam w niej wiele wspaniałych chwil, no i po prostu to kawał mojego życia. Bardzo długo to był mój dom, w którym spędzałam więcej czasu niż we własnym mieszkaniu. TVP zawsze będzie zajmować szczególne miejsce w moim sercu.

A co trzeba by zmienić w Telewizji Publicznej, by wróciły do niej tłuste lata? Gdyby była Pani prezesem, co by Pani zrobiła?

Przede wszystkim zaczęłabym jeść posiłki na stołówce, razem z innymi pracownikami. W tej chwili kelnerzy zawożą obiady prezesom windą, gdzieś do gabinetów, w których ci się ukrywają i z których prawie nigdy nie wychodzą. Nie ma najmniejszej więzi między szefem i podwładnym. Często ci pierwsi nie mają zielonego pojęcia o tych drugich. Kiedy nastaje nowy dyrektor, nawet nie spotyka się ze swoimi podwładnymi. Nie jest ciekaw ani ich, ani ich pomysłów, ani tego, co mają do powiedzenia. W takich warunkach trudno o poczucie jakiejkolwiek wspólnoty. A kiedyś tak nie było. TVP była dobrem wspólnym, a jej prezes Janusz Zaorski jadał obiady razem z pracownikami, o czym piszę „W mężczyznach mojego życia”. Nie bał się ich, normalnie z nimi rozmawiał. Te czasy powinny wrócić.

Pisze Pani o dawnych kolegach, nie zawsze dobrze. Nie boi się Pani, że się obrażą?

Ja zasadniczo bardzo lubię ludzi i w tej książce dominują pogodne i sympatyczne wspomnienia. Gorzkie słowa zachowałam dla bardzo nielicznych ludzi. Wszyscy pytają mnie teraz, czy to prawda, że Wojciech Mann jest niesympatyczny. Prawda. Ale nie boję się, że się obrazi. Bo on się z nikim nie koleguje, więc nawet nie bardzo ma się jak obrazić.

Ale z Mannem nie chodzi nawet o to, że jest gburem. On przez lata prowadził program „Szansa na sukces”, który wymyśliła i realizowała Elżbieta Skrętkowska. I pewnym momencie za coś się obraził, porzucił program. A efektem tego focha jest to, że Skrętkowska została właściwie bez pracy i środków do życia. Współpracowali tak wiele lat, ale w ważnym momencie on w ogóle o niej nie pomyślał. Tak nie robią sympatyczne misie.

Napisałam, że nie wierzę w przyjaźń w tym środowisku. Z wieloma kolegami i koleżankami się lubimy i bardzo szanujemy, ale skoro bywamy rywalami, to trudno się tak naprawdę przyjaźnić. Mam przyjaciół poza tym środowiskiem. Na przykład, kiedy wyrzucono mnie z pracy, zadzwonił do mnie człowiek spoza branży – lider zespołu Bayer Full Sławomir Świerzyński. I zaproponował pomoc. Razem z nim poprowadziłam festiwal muzyki disco-polo. Wcale się tego nie wstydzę. Co z tego, że rozmaici moi koledzy podśmiewują się z takich ludzi jak Świerzyński, kiedy to właśnie on pokazuje, że jest wartościowym człowiekiem? Zresztą prowadziłam też festiwal muzyki Krzysztofa Pendereckiego. I szczerze? Nic z tego nie rozumiałam.

A jak w tej książce wypada Pani?

Wszyscy robimy z siebie lepszych niż jesteśmy. Ja starałam się w tej książce zachować dystans do samej siebie. Mam nadzieję, że mi się udało. Są w niej historie, w których śmieję się sama z siebie. Staram się nie udawać, mam przecież swoje wady. Poza tym, jak różni koledzy wydawali książki, to z nich się podśmiewałam. Więc teraz nie mogę swojej traktować zbyt poważnie.

Rozmawiał Wiktor Świetlik fot. wyd. The Facto

Artykuły z tej samej kategorii

Młoda Polska cz. 3: Będąc młodym intelektualistą WS 2022

W rozkwicie młodości możemy dokonać rzeczy wielkich. Młode lata sprzyjają byciu czystej wody ideowcem. Czy można w tym czasie osiągnąć mądrość i uniknąć...

Kisiel w Odrze – felieton Wiktora Świetlika

Człowiek nigdy do końca nie przewidzi, jaki rejon Polski stanie się bohaterem medialnego sezonu ogórkowego. Ale co do jednego może być pewien – jak...

Kieszonkowe końce świata [felieton Wiktora Świetlika]

Z faktu, że oswajamy się z obecnością potwora, nie wynika, że przestaje on istnieć. Z faktu, że codziennie patrzymy na cierpienie, nie wynika, że jest ono mniejsze. Warto o tym pamiętać,...