poprzedni artykułnastępny artykuł

Gang Olsena działa!

Wiecie co różni Danię od Polski? To, że duński Maersk Oil od kilkunastu lat jest strategicznym partnerem Kataru w wydobyciu ropy naftowej z katarskich złóż. Dzięki duńskim technologiom (platformom, etc.) i pracownikom każdego dnia trafia na rynek ponad 300 tys. baryłek ropy ze złóż Al Shaheen. Maersk zarabia na tym interesie na tyle duże pieniądze, że w 2011 roku otworzył w Katarze Research&Technology Centre – miejsce służące ich firmowym naukowcom oraz duńskim i katarskim studentom. My natomiast wyczekiwaliśmy mitycznego katarskiego inwestora, który uratuje nasze stocznie. Wyszło i śmieszno i straszno, a w konsekwencji obciach i zero szejkowych pieniędzy w naszym przemyśle stoczniowym. To pesymistyczne z polskiej perspektywy porównanie nie jest oczywiście przypadkiem. Nie chodzi zarazem o to, byśmy się dołowali i biczowali. Tylko dostrzegli jakie szanse i wyzwania stoją przed naszą gospodarką w najbliższych latach. Liliput silniejszy od Goliata Z lat szczenięcych pamiętacie Lego. Teraz zapewne bliższy jest wam Carlsberg. To najbardziej rozpoznawalne duńskie marki na świecie wśród przeciętnych „Kowalskich”. Ale uwierzcie – dla duńskiej gospodarki, owszem, istotne, ale wcale nie najważniejsze. Ten ośmiokrotnie mniejszy kraj od Polski (zarówno pod względem terytorium, jak i ludności), którego ponad 60 proc. powierzchni (podobnie jak u nas) zajmują użytki rolne, wysyła za granicę więcej własnych produktów przemysłowych niż Polska. Aż 80 proc. wartości duńskiego eksportu przypada właśnie na przemysł. W konsekwencji, koniec 2012 roku ojczyzna Hamleta zamknęła nadwyżką w handlu zagranicznym w wysokości 10 mld dolarów, Polska podobnej wielkości deficytem. W ubiegłym roku Dania wydała na badania i rozwój (R+D, czyli Research & Development) ponad 3 proc. PKB, z czego 2/3 wyłożył sektor prywatny. My wydaliśmy 0,7 proc., a 90 proc. pieniędzy pochodziło z budżetu państwa i programów unijnych. Są ważniejsi od Lego i Carlsberga Co wynika z powyższej wyliczanki? Jedno. Duńczycy w rozwoju gospodarczym nie zatrzymali się na usługach. Wiedzieli i wiedzą doskonale, że aby iść do przodu potrzebne są sprawne i silne dwie nogi: usługi (bankowość, ubezpieczenia, zakłady usługowe, etc.) to raz, przemysł to dwa. O ile usługi to rynkowy samograj – w naturalny sposób wypełniają podażowe luki, tam, gdzie dostrzegają wewnętrzny popyt. O tyle przemysł może stanowić, poza spełnianiem swojej podstawowej roli (produkcja krajowa), również istotny element budowania siły państwa na zewnątrz. Duńczycy doskonale to zarówno rozumieją, jak i robią. Dlatego, z punktu widzenia duńskiej gospodarki, wspomniane powyżej Lego i Carlsberg, to jedynie ładne wizerunkowe uzupełnienie ich gospodarczej ekspansji. Danfoss (systemy grzewcze i klima), Grundfoss (pompy hydrauliczne), Maersk (transport morski, infrastruktura wydobywcza), czy Bang & Olufsen (elektronika) to globalni gracze, którzy w swoich branżach mają powyżej 10 proc. udziału w światowym handlu. Farmaceutyczny Novo Nordisk wypełnia 50 proc. światowego zapotrzebowania na insulinę. W duńskim regionie Oresund funkcjonuje ponad 100 koncernów biotechnologicznych (duńskich i szwedzkich) przez co jest to najbardziej nasycone biotechnologią miejsce w Europie. Myślicie, że państwo duńskie nie pomaga w ekspansji tych firm? Wolne żarty. Wejście Danfossu na rynek rosyjski zostało dopięte nie między prezesami, tylko między premierami. Dla duńskiej dyplomacji o wiele istotniejsze jest sprawne funkcjonowanie ich misji gospodarczych i przedstawicielstw handlowych w poszczególnych krajach niż ambasad, obecnie zwłaszcza w Azji. Symboliczny efekt? Chiny znajdują się już na 9. miejscu w statystykach duńskiego eksportu i z roku na rok pną się w górę. W przypadku Polski, Chiny wciąż lądują poza pierwszą 20-stką. Polska wybrała drogę nr 1 Przyczyna takiego stanu rzeczy jest prosta. Polska to kraj nasycony, a w wielu obszarach gospodarki wręcz przesycony usługami. Wspominając o przemyśle, generalizując, można powiedzieć, że jesteśmy montownią/ kolonią (do wyboru) dla zagranicznych, globalnych graczy. Czyli tak naprawdę, w porównaniu z Danią, jesteśmy kalecy – mamy jedną dolną kończynę sprawną, druga to kikut/ proteza (też do wyboru). Istnieją bowiem dwie drogi rozwoju gospodarczego: przez dług, kredyt i konsumpcję albo produkcję (przemysł), oszczędzanie i inwestycje własne. Światowy kryzys gospodarczy dowiódł, że ta pierwsza droga kończy się źle, a ta druga daje szanse na pokonanie demona spadków i tworzy realną przewagę konkurencyjną (zobaczcie, jak bardzo wzrosła rola i znaczenie Niemiec przez ostatnich 5 lat!). Zapewne jesteście bystrzy i już wiecie, że Polska podąża łatwiejszą, prostacką, ale mało perspektywiczną, drogą nr 1. Cieszymy się jak głupcy, że udaje się nam sprzedawać rządowe obligacje na coraz lepszych warunkach. Ale to kolejne zera do długu Polski wynoszącego (według oficjalnych statystyk) ponad 800 mld zł. To trochę tak, jakby ktoś zaciągał kolejne kredyty w bankach i cieszył, że za każdym razem dostaje lepsze warunki kredytowania. Tylko usługi? Bullshit W obecnych czasach o sile państw świadczy siła ich gospodarek. Niektórzy ekonomiści/ analitycy przekonują nas, że kraj silny usługami to rzecz wystarczająca dla rozwoju i w ogóle świadczy to o nowoczesności gospodarki. Bullshit. Usługi nie dają żadnych efektów dla wzmocnienia zewnętrznej konkurencyjności, żadnych efektów gospodarczych w skali makro, żadnych efektów dla gospodarczej ekspansji państwa, wreszcie żadnych efektów dla budowy innowacyjnej gospodarki (vide: Grecja, Cypr). To daje dopiero silny, nowoczesny przemysł. Weźmy hipotetyczny przykład. Powstaje duże, zatrudniające 2 tys. osób centrum usług księgowych i podobnych rozmiarów fabryka high-tech. Który z tych podmiotów będzie bardziej pożyteczny dla gospodarki? Który istotniejszy z punktu widzenia eksportu? Który prędzej wyda pieniądze na badania i rozwój i zassie do pracy młodych naukowców? Który wreszcie będzie bardziej zdolny do ekspansji zagranicznej, przyczyniając się do budowy większego potencjału gospodarki kraju? Żeby ten kraj miał sens… Śmiejcie się śmiejcie, ale powiem wam tak: żeby ten kraj miał sens i przyszłość, musi postawić na odbudowę realnego przemysłu, na budowę narodowych championów gospodarczych, na realną innowację zaprzęgniętą w tryby dużego biznesu. Do tego nie są potrzebne tysiące strategii i pitolenie latami. Wystarczy rozsądnie wybrać przyszłościowe 3-4 branże i w oparciu o nie odbudować drugą nogę (czyli wbrew medycynie z kikuta uczynić zdrową kończynę). Trzeba tylko (i aż) zrealizować w praktyce mądre zdanie z powieści „Lampart” Giuseppe Tomasiego di Lampedusy: „Jeśli chcemy, aby wszystko pozostało tak, jak jest, wszystko będzie musiało się zmienić”.  

Artykuły z tej samej kategorii

Młoda Polska cz. 3: Będąc młodym intelektualistą WS 2022

W rozkwicie młodości możemy dokonać rzeczy wielkich. Młode lata sprzyjają byciu czystej wody ideowcem. Czy można w tym czasie osiągnąć mądrość i uniknąć...

Kisiel w Odrze – felieton Wiktora Świetlika

Człowiek nigdy do końca nie przewidzi, jaki rejon Polski stanie się bohaterem medialnego sezonu ogórkowego. Ale co do jednego może być pewien – jak...

Kieszonkowe końce świata [felieton Wiktora Świetlika]

Z faktu, że oswajamy się z obecnością potwora, nie wynika, że przestaje on istnieć. Z faktu, że codziennie patrzymy na cierpienie, nie wynika, że jest ono mniejsze. Warto o tym pamiętać,...