poprzedni artykułnastępny artykuł

Doświadczenie, czy wykształcenie – czyli pytania głupiej ciotki

Steve Jobs rzucił studia, został wolnym słuchaczem. Uczęszczał na zajęcia z kaligrafii, by potem wykorzystać zdobytą wiedzę przy tworzeniu Apple’a. Ale to był Steve Jobs… W przypadku pierwszej pracy, z odpowiedzią na tytułowe pytanie jest trochę jak z niezbyt rozgarniętą ciotką. – A powiedz maleństwo kogo bardziej kochasz: mamusię czy tatusia? Jasne, że startując do biegu o pierwszą, poważną pracę warto dysponować oboma atutami: doświadczeniem (już zawodowym) i papierem. Nawet jeśli wy się z tym nie zgadzacie, to pracodawcy wątpliwości nie mają. Z ich perspektywy, idealny kandydat powinien spełniać warunki z ogłoszeń napisanych w stylu: „Międzynarodowy koncern, rozpoczynający swoją działalność w Polsce, zatrudni osoby w wieku 25-27 lat (stanowisko do negocjacji). Wymagane minim 5-letnie doświadczenie zawodowe, wyższe wykształcenie, biegła znajomość przynajmniej dwóch języków obcych. Dodatkowym atutem będą ukończone studia podyplomowe”. Cóż, każdy ma prawo do marzeń, a nawet fantazji. Bardziej trzymające się ziemi i pionu są wyniki badań. Wynika z nich, że od Toronto po Białystok, pracodawcy podczas rozmów kwalifikacyjnych i grzebiąc w CV, stawiają na tzw. kompetencje miękkie. Chodzi przede wszystkim o zaradność (zdolność rozwiązywania problemów), pomysłowość, ale nade wszystko – umiejętność pracy w zespole. Dopiero na trzecim miejscu jest uczelniany papier. Dobrze koresponduje to z casusem opisanym przez amerykańskiego pisarza i socjologa kultury Malcolma Gladwella. Jakiś czas temu jeden z amerykańskich koncernów dał się namówić znanej firmie konsultingowej na eksperymentalny program. Chodziło o pozyskiwanie do pracy najwybitniejszych absolwentów z najlepszych amerykańskich uczelni. Faktycznie, w ciągu trzech lat koncern zatrudnił dziesiątki zdolnych ludzi, kosztowało to wprawdzie ponad 20 mln dolarów, ale szefostwo firmy było tak bardzo zaangażowane w ten program, że wydało pieniądze bez oporów. Rok później koncern upadł z wielkim hukiem. Nazywał się Enron. Oczywiście, Enron nie skonał głównie z tego powodu, ale faktem jest, że pieniądze te wydał na marne. Dlaczego? Proste. Ci młodzi mózgowcy, którzy trafili do centrali w Houston byli indywidualistami z muchami w nosie, nie potrafiącymi pracować zespołowo. Dlatego wkroczenie na zawodową ścieżkę już w trakcie studiów wydaje się bezcenne. Istnieją jeszcze przynajmniej dwa powody, dla których warto pomyśleć o dzieleniu nauki z pracą. Pierwszy wyłożył niedawno słynny brytyjski krytyk współczesnych modeli edukacyjnych Ken Robinson: „Nasze pokolenie miało pewność, że jeżeli będziemy wytrwale pracować, osiągać dobre wyniki i ukończymy szkołę wyższą, to dostaniemy pracę. Nasze dzieci w to nie wierzą. I mają rację. Owszem, lepiej jest mieć dyplom, niż go nie mieć, ale przestał on już być gwarancją zdobycia pracy”. Drugi powód to efek t dy namik i zmian, czyli znaku naszych czasów. Liczba informacji z różnych dziedzin wiedzy podwaja się co 2–3 lata. Wiedza techniczna podwaja się podobno co 2 lata. W y n i k a z tego, że spora część mater ia ł u przyswojonego przez s t u d e n – tów polite c h n i k i pierwszego roku b ę d z i e już nieaktualna pod kon ie c s t u – d i ó w . Również w t y m przypadku, buforem bezpieczeństwa może być f u n kc jonowa nie w realiach działającej firmy, czy koncernu. Dobrze wykombinowali to np. Duńczycy. Tam państwo skrzyknęło się z biznesem i realizowany jest program tzw. doktoratów przemysłowych – młody naukowiec nie pisze swojej pracy przy pomocy wyszukiwarek komputerowych, czy stosu książek z bibliotecznymi sygnaturami. Dostaje stypendium i jego praca doktorska dotyczy konkretnych rozwiązań w konkretnej firmie, w której spędza przynajmniej rok. Wiem, polskie realia to zupełnie inna sprawa. Po ponad 20 latach samostanowienia nie wiemy tak naprawdę, jakim krajem chcemy być, co ma być naszym logotypem. Z pewnością trudno zdefiniować nas jako kraj przemysłowy – no Niemcami, Francją, czy Wielką Brytanią pod tym względem nie jesteśmy. Bliżej nam raczej (jak na razie) do kraju aspirującego do mistrzostwa w montowaniu azjatyckiego sprzętu AGD na europejski rynek. Generalnie – dużo sprzedaliśmy, mało kupiliśmy (orlenowskie Możejki odbijają się płockiemu koncernowi czkawką do dziś). Inne kraje europejskie zbudowały i wspierają na poziomie rządów i swoich ścieżek dyplomatycznych „narodowe championy”. Może to dopiero przed nami. W każdym razie brakuje nam firm, które będąc miękko wspierane przez państwo, potrafiłyby swym potencjałem skutecznie zdobywać rynki zagraniczne. Bo dla takich koncernów, jak widać po zachodnich Guliwerach, charakterystyczne jest m. in. tworzenie własnych centrów innowacji, a tym samym apetyt na zdolniachów – zasysanie potencjału płynącego z mózgów i umiejętności absolwentów krajowych uczelni. Takie firmy wyznaczają trendy, są nauczycielami dla innych pracodawców. Efekty takiego działania widać w Niemczech. Tam jedna z największych organizacji pracodawców powołała do życia inicjatywę „Wymyślić szkołę od nowa”, bo dostrzegła, że funkcjonujący nad Renem system edukacji nijak nie przystaje do realiów rynku pracy. Ale do tego, by wystąpić z taką inicjatywą i nie być wyśmianym, trzeba dysponować realną siłą. Dziś największe firmy w Polsce wolą wydawać miliony złotych na sponsorowanie reprezentacji, drużyn, olimpiad. Powiązanie uczelni z biznesem, na tle światowym, jest w zasadzie żadne. Ostatnio prezes największej polskiej firmy ubezpieczeniowej narzekał publicznie na efekty wykształcenia młodych Polaków – że są słabi, że nie potrafią analizować, że ich wiedza nabyta na studiach nijak się ma do korporacyjnej rzeczywistości. A jeśliby zadać mu pytanie, ile wydał na kampanię wizerunkową w ostatnim roku, a ile na staże dla młodych naukowców, okazałoby się, że proporcje byłyby mocno zachwiane. A może jednak warto się pochylić nad projektem, by największe firmy w Polsce stworzyły program stażowy dla studentów i absolwentów? Firmy w nim uczestniczące dostaną wymierne ulgi od państwa, młodzi ludzie otrzymają pracę w największych polskich firmach, jeśli wywalczą ją sobie pomysłem (konkursy – ale jasne, zrozumiałe, bez urzędniczego bełkotu). Stworzyć mechanizm żeniący państwo z biznesem w tworzeniu szans – bezcenne.   Jarosław Heinze

Artykuły z tej samej kategorii

Niewidzialna ręka rynku – czy nadal działa?

Podejmując dyskusje na tematy gospodarcze lub polityczne, coraz częściej można spotkać się z teorią tzw. niewidzialnej ręki rynku. Jakie faktycznie jest...

Czy Ukraińcy zabiorą pracę Polakom? – rynek pracy w Polsce a wojna w Ukrainie

Czy zabraknie pracy dla Polaków? W ciągu zaledwie trzech tygodni od wybuchu wojny na Ukrainie do naszego kraju przybyło prawie dwa miliony uchodźców. Co dalej?...

Kryzys walutowy w obliczu wojny

Czy grozi nam kryzys walutowy? Gdy wybucha wojna, wszystkie inne sprawy schodzą na dalszy plan. Warto przyjrzeć się temu, jak obecna wojna...