poprzedni artykułnastępny artykuł

Recenzje – czerwiec

W czerwcowych recenzjach polecamy Wam trzy tytuły: Little Shop of Horrors, Podwodne życie Jacques’a Cousteau, Papierowy księżyc. Sprawdź, co na ich temat ma do powiedzenia Mateusz Kuczmierowski.

Recenzje: SZTUKA TEATRALNA

Little Shop of Horrors

Teatr Muzyczny Proscenium, reż. Antoniusz Dietzius

recenzje czerwiec

Wszystko zaczęło się w 1960 roku od niskobudżetowego komedio-horroru Rogera Cormana opartego na skleconej w locie historii o krwiożerczej roślinie, która trafia do kwiaciarni w slumsach. 22 lata później ten materiał stał się podstawą hitu na Off-Off-Broadwayu, gdy musicalową wersję stworzyli Alan Menken i Howard Ashman – znani być może szerzej jako twórcy piosenek do disneyowskich Małej syrenki, Pięknej i Bestii czy Aladyna.

Od tamtego czasu musical jest wznawiany na całym globie, a już w 1986 roku doczekał się filmowej adaptacji z Rickiem Moranisem, Stevem Martinem i znaną ze scenicznej wersji Ellen Greene. Nieco przed 40. rocznicą premiery musical Ashmana zadebiutował w Polsce w nowo otwartym teatrze Proscenium.

Recenzje: Little Shop of Horrors

W nowojorskich Skid Row znajduje się kwiaciarnia pana Mushnika (Mateusz Otłowski), w której pracuje przygarnięta przez niego niezdarna sierota Seymour Krelborn (Bartłomiej Szrubarek), a także ofiara przemocy ze strony swojego chłopaka Audrey (Aleksandra Kołodziej), w której potajemnie podkochuje się Seymour. Mushnik nie najlepiej traktuje swoich pracowników, a kwiaciarnia podupada, aż pewnego dnia Seymour odnajduje bardzo dziwną, uzębioną roślinę. Samo wystawienie doniczki z nią w witrynie zapewnia kwiaciarni napływ klientów, ale wkrótce okazuję się, że Audrey II, jak zostaje nazwana, potrzebuje świeżej krwi, aby rosnąć. Dosłownie. Seymour karmi roślinę własną krwią i zyskuje sławę dzięki jej spektakularnemu wzrostowi, ale apetyt rośnie w miarę jedzenia – nie tylko rośliny, ale także jego. Gdy Audrey II domaga się ludzkich ofiar, Seymour też potrzebuje, aby jego dobra passa była kontynuowana, bez względu na cenę.

Do całej historii wtrącają się od czasu do czasu trzy młode dziewczyny pełniące rolę czegoś w rodzaju chóru z tragedii greckiej. Przypominają zarazem typowy dla przełomu lat 50. i 60. girlsband R n’ B. Kompozycje Menkena nawiązują zresztą do najpopularniejszych gatunków tego czasu.

Ulubieńcem widowni będzie na pewno postać sadystycznego chłopaka Audrey Orina Scrivello (Mikołaj Kisiel), przez którego ma ona podbite oko i gips na ręce. Ubrany od stóp do głów w skórę śpiewa o tym, że od dziecka uwielbiał maltretować zwierzęta i za poradą mamy odnalazł swoje powołanie – został dentystą.

Humor w Little Shop of Horrors bywa dziwny, ale jest przystępny. Twórcom polskiej wersji udało się przetłumaczyć teksty, zachowując ich lekkość. Zapowiedzieli, że szykują następne tytuły i można się domyślać, że podobnie kultowe. Może się to udać. Pierwszy tytuł – z jego wąską, uzdolnioną obsadą i świetną muzyką – wybrali mądrze.

Recenzje: FILMOWA NOWOŚĆ

Podwodne życie Jacques’a Cousteau

reż. Liz Garbus, prod. USA, 92 min

recenzje czerwiec

Gdy Jacques Cousteau zaczynał eksplorować ocean, miał tylko wojskowe doświadczenie na morzu, a sprzęt taki jak akwalung musiał współwynaleźć. Gdy jego film Świat milczenia (1956) zdobył Złotą Palmę i Oscara, a sam Cousteau światową sławę, ciągle był naiwny.

Pozwalał załodze atakować rekina w ramach odwetu i wspinać się na ogromne żółwie. Gdy wyścig kosmiczny był na ustach wszystkich, Cousteau przepowiadał powstanie podwodnej cywilizacji czy nawet nowej, wodnej rasy człowieka. Wkrótce stało się jednak oczywiste, że podwodny świat znika, do mórz trafiają raczej odpady, a nawet Antarktyka jest zagrożona. Dlatego stał się on kluczowym działaczem na rzecz zapobiegania zmianom klimatu.

Na koniec życia zmienił się charakter odkrywcy i miało to pewne podłoże osobiste – jego syn i zarazem współpracownik rozbił się, pilotując samolot. Ale gdy jedna ze stacji telewizyjnych anulowała zamówione odcinki specjalne programu, który uczynił z Cousteau wcześniej jedną z najpopularniejszych osobistości na świecie, było to też związane z prostym faktem, że eksplorator wód stał się przygnębiający.

Cousteau zyskał po śmierci dodatkową sławę dzięki filmowi Wesa Andersona inspirowanemu jego osobą – Podwodne życie ze Stevem Zissou. Być może nie jest zupełnym przypadkiem, że inna nowa produkcja dokumentalna o wodzie ma narratora rodem z obsady filmu o Zissou.

Recenzje: Podwodne życie Jacques’a Cousteau

Mowa o Willemie Dafoe, którego hipnotyczny głos wyjaśnia widzom Rzeki, dlaczego każdy z tych cieków jest tak ważny. Nie przypadkiem miasta i cywilizacje wzrastały właśnie obok nich. Nie będzie to dla widzów zaskakujące, ale żyzne gleby i transport wodny, możliwy dzięki rzekom, miały w tym udział.

Dafoe prowadzi nas przez tę nieco przewidywalną opowieść, ale clou filmu nie daje się tak łatwo zredukować. Są nim świetnie sfotografowane krajobrazy z całego globu, od dzikich górskich rzek, po te przepływające przez miasta. Pokazane zostają wszystkie sposoby, jakimi człowiek ujarzmia, gospodaruje, korzysta z rzek: budując tunele czy mosty, w tym linowe, pływając kontenerowcami lub kajakami, łowiąc ryby.

Oprócz zanieczyszczania tych cieków nasze największe przewinienie stanowi budowa tam, które sprawiają, że muł zdolny użyźnić ogromne obszary, staje się jedynie zatorem, a obszary za tamami obumierają. Gdy w pewnym momencie filmu ogromna tama zostaje wysadzona, a rzeka i muł uwolnione, czujemy ulgę. Natura jest w stanie się odrodzić.

Oglądając dokument o Cousteau, większość widzów pierwszy raz dowie się o jego innowacjach w nurkowaniu i eksplorowaniu głębin, a także jak ważnym ambasadorem w sprawie preciwładziania zmianom klimatu stał się na koniec życia. Nie jest zaskoczeniem natomiast, że dokumenty przyrodnicze będą zawierać znaczący przykry akcent. Mimo tego ciągle potrafią rozbudzać ciekawość i zapewniać dawkę optymizmu.

Recenzje: FILMOWA KLASYKA

Papierowy księżyc

reż. Peter Bogdanovich, 102 min, prod. USA

recenzje czerwiec

Zmarły w styczniu Peter Bogdanovich był w pewnym momencie na samym szczycie. Jego nostalgiczny Ostatni seans filmowy zdobył w 1971 roku dwa Oscary, a następnie w No i co, doktorku? skutecznie wskrzesił postrzeloną komedię lat 40. Jego dobra passa zakończyła się po znacznym sukcesie Papierowego księżyca, zupełnie przypadkiem wraz ze współpracą i małżeństwem z Polly Platt, producentką i scenografką, która później poznała ze sobą twórców Simpsonów i odkryła Wesa Andersona. To Platt podsunęła Bogdanovichowi scenariusz Papierowego księżyca i zarekomendowała do jednej z głównych ról ośmioletnią Tatum O’Neal, do dziś najmłodszą laureatkę Oscara właśnie dzięki temu występowi.

Moses „Moze” Pray (Ryan O’Neal) to oszust sprzedający Biblie owdowiałym mężczyznom i kobietom pod pretekstem realizacji rzekomego zamówienia zmarłych małżonków. Film zaczyna się, gdy odwiedza on pogrzeb młodej, samotnej matki. Mimo znacznego sprytu nie udaje mu się wykręcić z roli osoby, która odwiezie sierotę Addie (Tatum O’Neal) do rodziny mającej się nią zaopiekować.

Recenzje: Papierowy księżyc

Próbuje on wykorzystać tę sytuację, wymuszając odszkodowanie od lokalnego biznesmena, którego brat potrącił nieboszczkę. Addie szybko się w tym orientuje i nie pozwala mężczyźnie zatrzymać pieniędzy. Dwójkę łączą znaczne podobieństwa, dlatego dziewczynka szybko zaczyna podejrzewać, że mężczyzna nie znalazł się na pogrzebie przypadkiem, a dlatego, że jest jej ojcem. Okazuje się bardzo przydatna w jego oszustwach – skutecznie podbija cenę Biblii i potrafi wyciągnąć go z tarapatów, gdy jedna z ofiar to podejrzliwy policjant.

Ze względu na pokrewieństwo odtwórców głównych ról od początku nie mamy wątpliwości, że ich postacie to faktycznie ojciec i córka. Odkryciem jest natomiast to, jak bardzo potrzebują siebie nawzajem. Udowadnia to seria barwnych epizodów, w tym ucieczka przed brutalnymi stróżami prawa czy też sytuacja, w której Addie musi udowodnić ojcu, że tancerka, którą poznał, nie jest dla niego wystarczająco dobra. Film Bogdanovicha korzysta ze znajomych elementów, ale nabierają one nowego życia w jego subtelnej, czułej atmosferze.

Zobacz pozostałe recenzje Mateusza

Artykuły z tej samej kategorii

Kajś, gdzie są też moje korzenie [recenzja]

Laureat ostatniej Nagrody Literackiej Nike Zbigniew Rokita odkrywał swoją śląskość, pisząc nagrodzone Kajś. Ja dzięki jego opowieści zaczęłam zgłębiać własne...

Komiksy – sztuka wyższa czy bękart kultury?

Centrum Komiksu w Warszawie zajmuje wyjątkowe miejsce na mapie wielbicieli ilustrowanych nowel. Porozmawiałem z Jakubem, jednym z właścicieli, na temat znaczenia komiksu w popkulturze, a także...

Co obejrzeć? RECENZJE: Dawni mistrzowie, Lenny, Piosenki o miłości

Mateusz Kuczmierowski jak co miesiąc przygotował dla Was wyśmienite recenzje. W tym miesiącu dowiecie się, czy warto poświęcić czas na książkę „Dawni mistrzowie”...