poprzedni artykułnastępny artykuł

Cenzura filmów to zamierzchła przeszłość? Nic podobnego

Czy cenzura miała swoje dobre strony? Na pewno zmuszała reżyserów do główkowania, co podnosiło poziom artystyczny naszego kina. Do tego, można było na nią zwalić winę za swoją nieudolność, lenistwo czy brak talentu.

Za najlepszych speców od kastrowania filmów uchodzą Chińczycy. „Atlas chmur” odchudzili o 40 minut, ze „Skyfall”  zniknęła zaś scena zabójstwa strażnika z biurowca Szanghaju

Likwidacja Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk w kwietniu 1990 roku była traumatycznym przeżyciem dla polskich filmowców. Odtąd nie było już na kogo zwalić winy za mętne fabuły, bełkotliwe dialogi i byle jaki montaż. Jaki użytek zrobili adepci X muzy z odzyskanej niespodziewanie wolności, pamiętamy. Choć lepiej byłoby nie pamiętać. Z okresu przełomu do oglądania nadaje się tylko jeden tytuł: „Ucieczka z kina Wolność”. Jak na ironię, jest to opowieść o zbuntowanym cenzorze. Amerykański pisarz William Faulkner, który parał się również pisaniem scenariuszy filmowych, był mniej miłosierny dla odwiecznego wroga wszystkich twórców. Podczas realizacji westernu „Koniokrady” dopilnował, aby personalia cenzora, który wyjątkowo zalazł mu za skórę, znalazły się na szyldzie domu publicznego.

Treści antyhumanistyczne

W PRL panowała opinia o wszechwładzy Urzędu. Święcie wierzono, że fabuła kultowego „Rejsu” nie trzyma się kupy, bo film został zmasakrowany przez sadystów z ulicy Mysiej. W rzeczywistości był to efekt radosnej improwizacji i chaosu panującego na planie.

Prawdą jest jednak, że ówczesny system kontroli był bardzo rozbudowany. Nieprawomyślne treści eliminowano już na etapie zatwierdzania scenariusza. Zanim obraz trafił na ekrany, przechodził przez sito kilkustopniowych kolaudacji: od zespołu filmowego, w którym został zrealizowany poczynając, poprzez dyrekcję wytwórni, aż do Ministerstwa Kultury. Ostateczna decyzja należała do wspomnianego Urzędu Kontroli  Publikacji i Widowisk. Jeżeli twórca lekce sobie ważył sugestie cenzorów,  jego dzieło zasilało szeregi „półkowników”. Film „Ósmy dzień  tygodnia” czekał na premierę ćwierć wieku. Jako oficjalny powód podano zawarte w nim „antyhumanistyczne treści społeczne i moralne”. Naprawdę kamieniem obrazy było nazwisko scenarzysty – Marka Hłaski. Po wyjeździe za granicę trafił on na czarną listę autorów, o których istnieniu nie wolno było wspominać, a cóż dopiero rozpowszechniać ich utwory.

Oprócz blokowania treści politycznie niepoprawnych, cenzura chroniła obywateli przed zgorszeniem. Jakby tego było mało, w narodzie krążyła plotka, że operatorzy kinowi w wolnych chwilach wycinają z celuloidowej taśmy fragmenty z „momentami”. Pewnie po to, by po zmontowaniu oglądać je sobie na prywatnych seansach. W III RP głód ekranowej golizny został zaspokojony z nawiązką, ale niektóre narody ciągle są na diecie. Irańscy strażnicy moralności, korzystając ze zdobyczy techniki, komputerowo dorabiają ubranka zanadto roznegliżowanym aktorkom z zachodnich filmów i seriali. Nagość i nadmiar okrucieństwa podawano jako oficjalny powód niedopuszczenia do dystrybucji w krajach muzułmańskich „Listy Schindlera”.  Na szczerość zdobył się tylko urząd cenzorski w Malezji, nazywając obraz Spielberga „wytworem żydowskiej propagandy”.

Autocenzura oskarowa

Za najlepszych speców od kastrowania filmów uchodzą Chińczycy. „Atlas chmur” odchudzili o 40 minut, ze „Skyfall”  zniknęła zaś scena zabójstwa strażnika z biurowca Szanghaju, niewątpliwa plama na honorze Państwa Środka. Bardziej subtelnym sposobem łagodzenia wymowy oryginału są „błędy w tłumaczeniu”. Jeśli film jest wyświetlany w wersji z napisami, co innego widzisz, a co innego słyszysz. Japończycy swego czasu wpadli na jeszcze inny pomysł: w scenach ich zdaniem ryzykownych, obraz nagle tracił na ostrości.

O tym, że branża filmowa może świetnie prosperować, będąc zarazem poddana drakońskiemu systemowi zakazów i nakazów, przekonuje przykład Indii. Podobnie było w złotej epoce Hollywood. „Sympatia widzów nigdy nie powinna być po stronie zbrodni, zła i grzechu” – głosił słynny Kodeks Haysa. W praktyce najbardziej restrykcyjne były lokalne władze, które mogły zabronić wyświetlania każdego filmu, nawet opatrzonego „stemplem aprobaty”.  Stan Ohio uznał na przykład, że ekranizacja „Wyspy skarbów” zachęca nieletnich do piractwa. Bywało i tak, że szeryf – zbulwersowany tym, co zobaczył na ekranie – w trakcie seansu wkraczał do kabiny projekcyjnej i aresztował taśmę razem z kinooperatorem. Najciekawiej jest, gdy za nożyce łapie sam autor. To przypadek „Ziemi obiecanej”, filmu uważanego za największe osiągniecie polskiej kinematografii. Scena z Danielem Olbrychskim i Kaliną Jędrusik, baraszkującymi w wagonie restauracyjnym, przeszła przez sito PRL-owskiej cenzury. Po latach Andrzej Wajda usunął ją sam, wychodząc z założenia, że seks połączony z obżarstwem nie licuje z posągowym wizerunkiem klasyka i laureata honorowego Oscara.

Wiesław Chełminiak

fot. http://www.flickr.com/photos/isaacmao/

Artykuły z tej samej kategorii

Młoda Polska cz. 3: Będąc młodym intelektualistą WS 2022

W rozkwicie młodości możemy dokonać rzeczy wielkich. Młode lata sprzyjają byciu czystej wody ideowcem. Czy można w tym czasie osiągnąć mądrość i uniknąć...

Kisiel w Odrze – felieton Wiktora Świetlika

Człowiek nigdy do końca nie przewidzi, jaki rejon Polski stanie się bohaterem medialnego sezonu ogórkowego. Ale co do jednego może być pewien – jak...

Kieszonkowe końce świata [felieton Wiktora Świetlika]

Z faktu, że oswajamy się z obecnością potwora, nie wynika, że przestaje on istnieć. Z faktu, że codziennie patrzymy na cierpienie, nie wynika, że jest ono mniejsze. Warto o tym pamiętać,...