poprzedni artykułnastępny artykuł
Marcin Wojciechowski Radio Zet wywiad - Magazyn Koncept

„Brakuje mi szczerości w dzisiejszej muzyce” – wywiad z Marcinem Wojciechowskim

Marcin Wojciechowski od lat prezentuje na antenie Radia Zet najgorętsze przeboje muzyki pop. Dał się poznać jako dziennikarz szczególnie ceniący sobie kontakt ze słuchaczami. Jak sam uważa – to właśnie muzyka stanowi tło jego życia, zaś możliwość dzielenia się nią z innymi postrzega jako coś pięknego.

Zaprosiłbym Freddiego Mercury’ego i wniósł mu do studia potężny, pachnący sękacz podlaski z setką wbitych świeczek.

Patryk Kijanka: Czy od zawsze widział się Pan w roli dziennikarza muzycznego?

Marcin Wojciechowski: Zacząłem bardzo wcześnie, nie wiedziałem chyba nawet, co to takiego dziennikarstwo muzyczne. Wiedziałem, że jest radio, że ktoś tam mówi, puszcza piosenki, a po drugiej stronie ktoś tego słucha. Ktoś, kto pewnie nigdy mnie nie widział, a jednak słucha. Fascynujące do dzisiaj. W połączeniu z pasją, jaką była muzyka, wczuwanie się w teksty, odczuwanie dreszczy po wysłuchaniu niektórych fragmentów, byliśmy z radiem na siebie skazani. Lubiłem opowiadać o tych piosenkach.

A gdyby jednak nie udało się Panu zostać prezenterem radiowym, to w jakiej innej roli by się Pan widział?

Bez chwili namysłu odpowiem, że byłaby to rola strażaka.

Czy pamięta Pan swoją pierwszą audycję i związane z nią emocje?

Oczywiście, to był luty 1999 r., późna, zimna i mokra noc z piątku na sobotę. Radio 5 w Suwałkach. Miałem poskładać tylko płyty, po to tam trafiłem, żeby tylko popatrzeć. W małych firmach i stacjach, w których właściciel jest na miejscu, od decyzji do realizacji jest krótsza droga niż w korporacji. To ich duża przewaga. Skorzystałem. Nie pamiętam dokładnie, w jakich okolicznościach, dlaczego ktoś wpuścił mnie na antenę, ale na godzinę przed północą dowiedziałem się, że za godzinę siadam i prowadzę nocny program. Pierwszą zapowiedzianą przeze mnie piosenką była Lawa Małgorzaty Ostrowskiej z jej pierwszej solowej płyty. Do dzisiaj, słysząc Tytusa Wojnowicza grającego na oboju w tym utworze, przypominam sobie pięknie początki.

Za co najbardziej lubi Pan swoją pracę?

Chyba za to, że mogę do niej przyjść w powyciąganej koszulce albo luźnych spodniach i pić kawę albo rozmawiać z ludźmi, zapowiadać muzykę, reagować na bieżąco na głosy słuchaczy. Czasami staram się ich pocieszyć, jeżeli tego potrzebują. Radio nigdy nie było dla mnie pracą od-do. To jest pewien styl życia, praca w weekendy, święta, czasami w nocy, czasami w terenie. To ciągłe dzielenie się częścią siebie i czerpanie z innych. Do tego kręci mnie, że się sam realizuję, miksuję piosenki, jingle, całą oprawę. Nie jestem w stanie się tym zmęczyć.

Kontynuując wątek rozmów ze słuchaczami – czy przypomina Pan sobie jakiś zaskakujący moment związany z rozmową na żywo?

Przeprowadziłem na antenie tysiące rozmów. Kiedyś, jako młody facet, wiele trudnych rozmów ze słuchaczami radia TOK FM na antenie. Mam masę anegdot, ale większość nie nadaje się do publikacji.

Jakie – w Pana odczuciu – cechy powinien posiadać dobry radiowy dziennikarz?

Takie same, jak każdy inny dziennikarz. Rzetelność, odpowiedzialność, ciekawość, odwagę. Radiowiec powinien mieć przyjemny głos, ale nie zatrzymujący, nie skupiający za bardzo na sobie.

Czy na początku kariery dziennikarskiej miał Pan kogoś, na kim się wzorował?

Tak, bardzo lubiłem Marka Niedźwieckiego, za jakość, słowo i poczucie humoru. Duże wrażenie robiła na mnie Monika Król, obecnie z Radia Supernova, za śmiech, naturalność i spostrzeżenia. Lubiłem dziennikarzy lokalnych stacji.

Czy były audycje, których w młodości lubił Pan szczególnie słuchać?

Oczywiście „Lista Przebojów Programu Trzeciego”, od dziecka w sobotnie, a później piątkowe wieczory, do matury regularnie słuchałem „Listy”, Lubiłem Radio ZET lat 90. Chciałem tam pracować, odpowiadał mi taki sposób robienia radia, dobra informacja, publicystyka, kultura i naturalni, ale nie próbujący mnie na siłę rozśmieszyć prowadzący. Lubiłem też audycje w lokalnych stacjach. Do niektórych nawet dzwoniłem.

Jakie widzi Pan główne różnice w singlach prezentowanych przez rozgłośnie radiowe dziś w porównaniu do lat 90. i początków 2000?

Czasowe (uśmiech). Pop się zmienia. Dostosowuje się do tempa życia. Dzisiaj piosenka powinna wciągać od pierwszych sekund, mniej jest miejsca na wydłużone intro. W serwisach streamingowych nudną piosenkę przesuwamy palcem o minutę, jak nudzi dalej, rezygnujemy i szukamy czegoś innego. Stację niestety też zmienia się jednym guzikiem. Muzyka musi więc wciągać po jednej nutce. Co do gatunków, to zawsze była muzyka tzw. dobra i zapychacze. Moim zdaniem zmieniły się nieco proporcje, dzisiaj więcej jest prostych, popowych produkcji z wyraźną melodią, dobrym wokalem. Sprzęt i dobre oprogramowanie pomagają muzykom tworzyć przeboje idealne. Mało kto pamięta te piosenki po trzech miesiącach, ale brzmią nowocześnie, światowo, są po angielsku.

Czy jest coś, czego brakuje Panu w dzisiejszej muzyce w odniesieniu do albumów poprzednich dekad?

Brakuje mi dzisiaj szczerości w muzyce, mówię o tej popularnej. Brakuje mi może więcej emocji i nie mówię tu o rozbijaniu głosem szklanek w meblościankach jak Celine Dion, tylko brakuje mi prostoty przekazu, prawdziwości, pewnej elastyczności na scenie i w działaniu muzycznym, czyli po prostu uczciwości wobec odbiorcy, a nie tylko wobec managementu czy wytwórni. Cenię artystów, którzy potrafią nagrać dobry, radiowy numer, a później za zarobione pieniądze tworzą projekty alternatywne.

Którzy artyści i jakie albumy w największym stopniu ukształtowały Pana muzyczny gust w młodości?

Kiedyś byłem mocno popowy, dojrzewałem z MTV, a zasłuchiwałem się w najlepszych w tym gatunku, czyli Madonnie, Michaelu Jacksonie, Annie Lennox, Whitney Houston, Eltonie Johnie. Dzisiaj nadal lubię dobry pop, ale często sięgam po alternatywę, eksperymenty. To się zmiana z wiekiem.

Który koncert wymieniłby Pan jako najważniejszy w swoim życiu i dlaczego?

Michael Jackson, 20 września 1996 r., Warszawa Bemowo. Pierwszy w życiu taki koncert. Miałem 15 lat i po zakończeniu byłem tak podekscytowany, że nie mogłem trzymać się na nogach. Dlaczego? Przecież mój idol śpiewa w Warszawie.

Pójdźmy krok dalej. Gdyby mógł Pan wybrać się na koncert nieżyjącego już artysty, to w pierwszej kolejności o kim by Pan dziś pomyślał?

Poszedłbym na koncert niektórych nieżyjących gwiazd i w mocny, wyraźny sposób zamanifestował wsparcie w trudnych chwilach, które często doprowadziły ich później do śmierci.

Czy jest światowa gwiazda muzyki, której fenomenu nigdy nie potrafił Pan zrozumieć?

Cały K-Pop jest dla mnie jedną wielką zagadką. Jeżeli chodzi o konkret, to PSY i Gangnam Style. Do dzisiaj nie rozumiem, co ludzi w tym urzekło.

Ciekawi mnie też, co Pan sądzi o głośnych filmach ukazujących losy znanych artystów, takich jak np. Bohemian Rhapsody czy Rocketman?

Czasami sięgam po biografie, więc mnie to cieszy. Dzięki tym filmom kolejne pokolenia poznają muzykę, która może być inspiracją; akurat wspomniani przez Pana artyści to dobre przykłady. Elton właśnie wydaje płytę z największymi artystami pop młodego pokolenia, jego wielki powrót na listy przebojów to pokłosie właśnie filmu Rocketman. Muzyka Queen też wciąż żyje, niebawem trzydziesta rocznica odejścia Freddiego Mercury’ego. Muzycy tacy jak Elton czy Freddie to niekończące się źródło inspiracji, jak widać nie tylko dla muzyków.

Co Pan sądzi o coverach znanych hitów? Od razu mam skojarzenie chociażby z ogromnym sukcesem It’s my life w wersji No Doubt’s . Dziś pojawiają się także kolejne wersje już przerobionych wcześniej utworów – czy ma to według Pana sens?

Skoro powstają, radia to grają, w sieci się klika, to widocznie ma sens, przynajmniej ekonomiczny. Czasami, słysząc po raz pierwszy kolejną, taneczną przeróbkę numeru, przy którym liczyłem gwiazdy, odczuwam pewien dysonans. Myślę, że finalnie nagrywanie kolejnych coverów zachęca często do sięgnięcia po oryginał, w każdym razie mam nadzieję, że tak jest. Jeżeli nie, to zapraszam do radia, każdy powód zagrania dobrej piosenki jest mile widziany.

Czy jest Pan w stanie wymienić najcenniejszy album w swojej kolekcji?

Nie jestem. Mam sporo płyt, singli, których nie można kupić, to może mieć wartość kolekcjonerską. Sprawdzenie tego wymagałoby czasochłonnego przeglądania archiwum aukcji czy transakcji w serwisach dla kolekcjonerów.

Czyja płyta spodobała się Panu najmocniej w ostatnim czasie?

Yebba, Dawn.

A na czyj album czeka Pan z największym zniecierpliwieniem?

Czekam na reedycję The Slow Rush Tame Impali z remixami, zapowiada się dobrze. Czekam na nowego Bruno Marsa, Adele, Stinga. Jest trochę tych płyt, z bardzo różnych nurtów. Nauczyłem się, że artystów się nie pogania.

Biorąc pod uwagę fakt, że lubi Pan podróże – do jakiego miejsca wróciłby Pan najchętniej?

No właśnie z tymi podróżami to nie jest jakoś tak, że je lubię. Lubię przemieszczać się po Polsce, spontanicznie, coś zobaczyć, poczuć klimat miejsca, zjeść coś lokalnego, choć bywa to trudne. Kiedyś pokochałem Nowy Jork i wracam tam przy każdej możliwej okazji, czekam na otwarcie granicy i polecę tam w pierwszym możliwym terminie. Lubię Nowy Jork za nocne życie, sklepy z płytami, bary, ludzi.

Gdyby Pan mógł, to którego artystę najchętniej zaprosiłby Pan na rozmowę do studia?

Zaprosiłbym Freddiego Mercury’ego i wniósł mu do studia potężny, pachnący sękacz podlaski z setką wbitych świeczek.

Plany na najbliższą przyszłość?

Wyskoczę na Mazury, przejdę się po lesie, wyśpię się porządnie i upiekę babkę ziemniaczaną.

fot. chillizet.pl

Artykuły z tej samej kategorii

Śladami babci Coco – kilka słów o meksykańskiej kulturze

Myślę, że niemal każdy, kto obejrzał animację „Coco”, zapragnął choć raz udać się do Meksyku, aby wchłonąć panującą tam atmosferę i poznać...

15 metrów w 6,64 sekundy – wywiad z Aleksandrą Mirosław

Aleksandra Mirosław nie ma sobie równych. Polska zawodniczka uprawiająca wspinaczkę sportową na czas wróciła z zawodów Pucharu Świata w Seulu nie tylko ze zwycięstwem, ale i rekordem świata. Na odpoczynek...

Zaczął żyć po utracie rąk. Wywiad z Przemysławem Wieczorkiem

Przemysław Wieczorek z okolic Aleksandrowa Łódzkiego udowadnia, że niemożliwe nie istnieje, a po każdej burzy przychodzi słońce. Były reprezentant Polski w para taekwondo w wieku 20...